dzisiaj zaproszę mamę do stołu

singel Elżbiety Wojnowskiej / Z Wikipedii, wolnej encyklopedii. Zaproście mnie do stołu – singel Elżbiety Wojnowskiej, wydany w 1974 nakładem wytwórni płytowej Polskie Nagrania „Muza”. Utwór do tekstu Włodzimierza Szymanowicza skomponował Henryk Alber. Na singlu zamieszczono także utwory „Wycieczki w głąb własnego snu Wykonanie: Artur WojtyczkaInstrumental: Piotr Opatowicz UDOSTĘPNIJ POLUB🎤 Nagraj piosenkę w studiu🎁 Zamów bon upominkowy na nagranie dla bliskiej osoby📧 Wystarczy przesłać do nas projekt i w krótkim czasie otrzymają Państwo niezobowiązującą wycenę. Zapraszamy do kontaktu! Ramy Stalowe Stelaże Metalowe Na Wymiar Warszawa Produkcja Na Zamówienie Zadzwoń ☎ 784 331 453 biuro@konstrukcjewarszawa.pl. Tego dnia wypadkowi komunikacyjnemu ulega Monika, mama 4-letniego Keliana, ukochana córka i siostra pozostałej czwórki rodzeństwa. W ciemną, deszczową noc jej samochód zderza się z przydrożnym drzewem. W wyniku ogromnej siły uderzenia pojazd roztrzaskuje się na części a ona sama zostaje uwięziona w jego wnętrzu. Żona na łożu śmierci do męża: – Obiecaj mi, że na pogrzebie będziesz szedł obok mojej matki. – Ależ kochanie, to zepsuje mi humor na cały dzień. Telegram: „Teściowa nie żyje. Pogrzebać czy skremować zwłoki?”. Odpowiedź: „Jedno i drugie. Lepiej nie ryzykować”. Ogłoszenie w gazecie: „Zamienię teściową na psa nonton fast and furious 7 sub indo rebahin. BISIA „Jak oni śmią! Jak można być tak bezdusznym, tak aroganckim!” Zakręciło jej się w głowie i o mało nie spadła z krzesła. Oparła ręce na stole, położyła na nich głowę. Gdy się obudziła, już zmierzchało. Jej przymusowi lokatorzy głośno rozmawiali w kuchni. Poczekała, aż trzasną drzwi do ich pokoju, i dopiero wtedy poszła zrobić sobie herbatę. Mogła trafić gorzej. Byli hałaśliwi, czasem coś kradli z jej części kredensu albo z jej półki w lodówce, ale właściwie tylko to mogła im zarzucić. Prócz tego, że w ogóle istnieją. Kiedyś lubiła swoją kuchnię, teraz dwa sagany, dwa czajniczki, karafka i kieliszki z grubego szkła, napoczęta butelka wódki i bukiecik sztucznych cyklamenów w zakurzonym flakonie krzyczały, że nie jest u siebie. Nalała sobie herbaty i nie zapalając światła w pokoju, podeszła do okna. Właśnie dla tego widoku wybrali kiedyś to mieszkanie, choć mamie się nie podobało. „Drugie piętro? Nie było czegoś na pierwszym? I tylko trzy pokoje? Jak się tu pomieścicie? A kiedy przyjdą dzieci?” „Wtedy się zastanowimy – odpowiedział Teofil. – Spójrz na ten ogród, maman. Prawie jak w Olszynce. Drzewa to dobrzy sąsiedzi”. Bisia cieszyła się z windy, z centralnego ogrzewania, z kuchenki na gaz, lodówki, maszynki do parzenia kawy, a przede wszystkim z wolności – po raz pierwszy w życiu sama decydowała, co zjedzą na obiad i co będzie robić, gdy Teofil wyjdzie rano do pracy. Wysyłała wtedy Anielcię na rynek po zakupy, a sama z filiżanką herbaty stawała jak teraz przy oknie i napawała się swoim szczęściem. Zorze bladły, na czystym niebie zabłysły pojedyncze gwiazdy. W ogrodzie nie dało się już odróżnić pomarańczowych dyń od ich pożółkłych od upału liści, błyszczały tylko złote płatki słoneczników. Bisia otwarła okno i do pokoju wpłynął sierpniowy zmierzch, niosąc zapach floksów, kawy, palonego drewna, nagrzanych murów i asfaltu. Odetchnęła głęboko, ale radość się nie pojawiła. Spojrzała na książkę i na zmięty list. Znowu ogarnęła ją słabość, ręce zaczęły się trząść i musiała odstawić filiżankę na parapet. „Jak tam napisali? Że wszyscy zapominają i spokojnie cieszą się życiem? Co za bzdury!” Nagle przypomniała sobie pewien zimowy poranek. Szła z drepczącą za nią Lorcią do stajni z marchewką dla swego kucyka, gdy przy kurniku zobaczyła kucharkę niosącą za nogi białego koguta. Długa szyja huśtała się jak sprężyna, żółte oko łypało na boki. Potem głucho stuknęła siekiera, z koguciej szyi chlusnęła krew, głowa odskoczyła i spadła jej pod nogi. Wytrzeszczone żółte oko patrzyło na Bisię, naraz zmętniało i zakryła je błona powieki. Jaskrawoczerwony grzebień był coraz bledszy, jakby czerwień wsiąkała w śnieg: różowy, bladoróżowy, siny. Choć od tamtego poranka minęło wiele lat, pamiętała każdy szczegół, zimową ciszę, plamy krwi na śniegu. A oni myślą, że można zapomnieć. Po co w ogóle otwierała drzwi? Po co otwierała kopertę? Przesyłka z zagranicy, w dodatku dostarczona przez posłańca, mogła oznaczać tylko kłopoty. Sięgnęła po list, rozprostowała na parapecie gładki papier. Nie ma niestety francuskiego przekładu tej książki, mamy jednak nadzieję, że w Pani otoczeniu znajdzie się ktoś znający język szwedzki. Autorzy omawiają w niej szczegółowo odpowiedzi z ankiet, które wypełniały panie w Doverstorp, a także wywiady przeprowadzone przez Dory Engstromer. „»Nigdy nie zapomnimy!«, mówi teraz wiele ofiar. Na szczęście jednak wszyscy zapominamy. Takie jest prawo natury”, napisała Gunhild Tegen… Bisia jednym ruchem zmiotła list na podłogę. De dodsdomda vittna. Nie była ciekawa, co to znaczy. Szara okładka z rysunkiem drutu kolczastego, oddzielającym nazwiska autorów od czterech linijek tytułu i od nazwy wydawnictwa. Wzięła książkę do ręki. Dwieście siedemdziesiąt stron. Ile takich jak ona kobiet było nad jeziorem Glan? Na pewno ponad tysiąc. A ile w Szwecji było podobnych ośrodków? I teraz dwieście siedemdziesiąt stron. Zielony półwysep nad jeziorem Glan. Kilkadziesiąt wojskowych baraków wśród brzóz. Pokój z czterema piętrowymi łóżkami i białą firanką w oknie. Czerwony Krzyż i Szwedzi uratowali jej życie, ale nie miała siły, żeby się z tego cieszyć. Chciała jedynie spać. Przez pierwsze dwa miesiące zasypiała kamiennym snem, gdy tylko na czymś złożyła głowę. Ostro zaterkotał dzwonek do drzwi. Lokatorzy założyli go, nie bacząc na jej protesty, i obok bakelitowego guzika przykleili karteczkę: „Mężyńska dzwonić raz. Samelowie dwa razy”. Czekała na drugi dzwonek. Cisza. Kto to mógł być o tej porze? Dziś już raz otworzyła i teraz żałuje. Na samą myśl o tym, że musi dojść do drzwi, ogarnęło ją takie znużenie, jakby dzieliły ją od nich kilometry. Dzwonek odezwał się znowu. Bisia usłyszała szuranie kapci, szczęk otwieranego zamka, głos swego lokatora i jakiś drugi, obcy. „Oby to był ktoś do niego, Boże, żeby nie do mnie!”, błagała, jakby nieproszony gość był śmiertelnym zagrożeniem. Zapomniała, że Bóg już dawno przestał wysłuchiwać jej modlitw. Ktoś cicho zapukał do drzwi. Bisia żałowała teraz, że nie wstawiła w nich zamka. Dawno powinna była to zrobić. – Proszę pani? To ja, Lorcia. – Lorcia?! Zrobiła krok w stronę drzwi, gdy nagle sobie przypomniała, że Lorcia zaraz po wojnie odwiedziła jej teściową i że Olga przyjęła ją chłodno, bo Lorcia przyjechała w towarzystwie dwóch oficerów i sama była w mundurze nowego wojska. Drzwi się otworzyły. – Siedzi pani po ciemku? – Nie, skąd – odrzekła Bisia, zapalając lampę na stoliku przy serwantce. Lorcia się schyliła, podniosła bielejący na podłodze list i podeszła bliżej. Była z gołą głową, uczesana w elegancki kok, w jasnej sukience z kołnierzykiem i modnym nakładanymi kieszeniami. Podała list Bisi. – Dziękuję. Bisia zamilkła. Jak się powinna zwracać do Lorci? Zawsze mówiła jej ty, lecz teraz Lorcia nie wyglądała jak służąca. – Nie wiedziałam, że zna pani szwedzki. Ja też się go uczę. – Lorcia wskazała na książkę. – De dodsdomda vittna. „Skazane zeznają”. Czyta pani takie rzeczy? – Nie. Możesz ją sobie wziąć, jeśli chcesz. Lorcia sięgnęła po książkę i przeglądała ją w milczeniu. – Pani też wypełniała taką ankietę? – odezwała się po długiej chwili. – Tak. Skąd Lorcia wie, że była w Szwecji? Może w tej książce wymieniono jej nazwisko? – I co odpowiedziała pani na pytanie: „Jaką karę zaproponowałaby pani dla swoich katów”? Dlaczego spytała akurat o to? O jedno z dwóch pytań, na które Bisia nie odpowiedziała? Nagle sobie uświadomiła, że Lorcia nigdy jej nie zadawała osobistych pytań. Tylko raz, w Juracie, podczas jedynych wakacji, które spędziły razem, spytała: „Czy pani lubi panią Klementynę?”. – Pamiętasz, jak kiedyś szłyśmy do stajni i kucharka na naszych oczach zabiła koguta? Był biały, pełen życia, a za chwilę na śniegu leżała głowa z siniejącym grzebieniem. Lorcia zamknęła książkę. – Nie, nie pamiętam. Bezceremonialnie rozejrzała się po pokoju, potem spojrzała na Bisię. Jej niebieskie oczy były jak ze szkła: błyszczące, twarde, przenikliwe. Na pewno zauważyła każdą cerę na firance, ślad na ścianie po sprzedanym obrazie, kurz pod serwantką, może nawet dwie jedwabne chustki wypełniające biustonosz Bisi. Podeszła do radia i włączyła je bez pytania. – Kiedy ostatnio widziała się pani z panią Olgą? – spytała. – Jakieś dwa tygodnie temu. Co się stało?! – Została aresztowana. – Aresztowana? – Cenzura przechwyciła jej list do pani Klementyny. Podczas rewizji znaleziono u niej antypaństwowe ulotki, a ludzie ze wsi zeznali, że słucha zagranicznych stacji. – Skąd o tym wiesz? – Pracuję w bezpieczeństwie. – Jesteś ubeczką? Bisia podniosła rękę i zaczęła masować sobie szyję, jakby te słowa utknęły jej w gardle. – Dlatego mogę pomoc. „Wierzę i wiem, żeś ty moja i ja jestem twój, i ta wiara serdeczna nie raz była tarczą od kuli”, śpiewał Chór Czejanda. Lorcia lekko się uśmiechnęła. – Gdyby było inaczej, przyszłabym w większym towarzystwie – powiedziała. – A ta książka i list stałyby się dowodami. – Czy ty… Czy to ty ją przesłuchiwałaś? – Nie zajmuję się takimi rzeczami. – Jak ona się czuje? – Robię wszystko, żeby czuła się dobrze i żeby ją zwolniono. – Dziękuję! Bardzo ci dziękuję! Mogę jej jakoś pomoc? – Właśnie dlatego przyszłam. Pani Olga zeznała, że pani Klementyna napisała do niej zaraz po wojnie i że ten list został spalony razem z innymi jej osobistymi papierami. Nie wierzę w to. Myślę, że napisała do pani, nie do niej, i to niedawno. List przyszedł pocztą? – Tak, ale nie z Anglii. Ktoś go wysłał z Warszawy. – Dlatego doszedł. Ma go pani jeszcze? – Tak. Nie. Podarłam go i wyrzuciłam do śmieci. – Proszę mi go dać – łagodnie powiedziała Lorcia. – Ja… Dobrze go schowałam… – Tam, prawda? – przerwała jej Lorcia, wskazując na szafę z książkami. – Skąd wiesz? – Tam pani spojrzała, gdy o niego zapytałam. – To były dwa listy. Ten do mnie podarłam. Drugi jest do Teofila. – Proszę się nie bać, nie będę go czytała. Nie interesują mnie miłosne wyznania. – Skąd wiesz… – Bisia urwała. Spuściła głowę, by ukryć rumieniec. Podeszła do szafy i z drugiego rzędu wyciągnęła grubą książkę w twardej oprawie, a z niej złożony na pół list napisany na cienkim lotniczym papierze. Lorcia wyjęła z torebki zapałki, przysunęła sobie kryształową popielniczkę. – Ten francuski też. – Wskazała list na stole. Gdy oba listy zamieniły się w szary popiół, Lorcia roztarła go palcem, a później wychyliła się przez okno i opróżniła popielniczkę. – Tych listów nigdy nie było. Jeśli ma pani w domu coś jeszcze, proszę to usunąć. Nie przypuszczam, żeby groziła pani rewizja, ale lepiej dmuchać na zimne. Pójdę już. Dziękuję za książkę. Dopiero gdy Bisia zamknęła drzwi za Lorcią, uświadomiła sobie, że o nic jej nie zapytała, choć przecież nie widziały się od sierpnia trzydziestego dziewiątego roku. Spojrzała na swoją spraną spódnicę. Lorcia była taka elegancka! Czy sama sobie uszyła tę sukienkę, tak jak kiedyś kostium na bal maskowy? Czemu Pan Bóg nierówno obdarza ludzi talentami! Ona tak się starała, spędzała długie godziny w kuchni, w pokoju do szycia, przy fortepianie, Lorcia tymczasem czego się tknęła, zaraz nabierała w tym biegłości. „Wytrwałością i pracą osiągniesz cel”, powtarzała Bisi przybrana mama. Gdybyż to była prawda! * Letni bal maskowy w Juracie był towarzyskim wydarzeniem sezonu. Bisia co roku odbywała naradę z krawcową, potem serię przymiarek, a jeszcze później bezskutecznie starała się przekonać Teofila, żeby sprawił sobie przebranie pasujące do jej kostiumu. – Ojej! – zawołała na jej widok Lorcia. – Królewna Jurata! Jaka ładna sukienka! Zostanie pani królową balu! Bisia obróciła się na palcach. Lazurowa gaza miękko zafalowała. – Zazdroszczę ci, że tak dobrze umiesz szyć, Lorciu – powiedziała, patrząc na szmaragdowy kaftan z kołnierzem powycinanym w zęby i długim spiczastym kapturem. – Świetny kostium. Doskonale pasuje do twojej cery i włosów. – Jesteście gotowe? – Do salonu wszedł Teofil w nieśmiertelnym stroju torreadora. – Pięknie wyglądasz, kochanie. – Pocałował Bisię w policzek. – Lady Marion. – Nisko skłonił się przed Lorcią. – Czy uczyni mi pani ten zaszczyt i pozwoli sobie towarzyszyć na bal w zamku w Nottingham? To Teofil wymyślił, że najlepszym sposobem uczczenia matury Lorci będzie zaproszenie jej do Juraty. Bisia go poparła i wspólnymi siłami przekonali Olgę. „Lorcia zna swoje miejsce i na pewno nie przewróci jej się w głowie. Poza tym zaraz po wakacjach jedzie do Lwowa i nie wiadomo, kiedy znów ją zobaczymy”, zbijał argumenty matki. „Ale spać będzie z kucharką i Maszką. Co za dużo, to niezdrowo”. „Nie, mamo. Damy jej pokój gościnny. I proszę, nie przydzielaj jej żadnych obowiązków. Niech na te dwa miesiące stanie się letniczką, jak my”. W Lido już tańczono. Dźwięki fokstrota było słychać aż na ulicy. Przed hotelem zatrzymywały się samochody, z których wysiadały wróżki, czarownice, królewny, syreny, damy dworu w towarzystwie korsarzy, rycerzy, Indian, paziów, marynarzy. Roześmiani ludzie w maskaradowych strojach nadchodzili grupkami ulicą Piłsudskiego od strony molo i od Café Casino. Lorcia przystanęła przed wejściem do hotelu, odwrócona twarzą w kierunku niedalekiego morza. Ogarnęła wzrokiem sosny i niebo, pobliskie domy, pensjonat Juratka, sklepy, kiosk z gazetami, pocztę. Bisia porozumiewawczo spojrzała na Teofila. – Fotografuje – szepnęła do męża. Bisia miała jedenaście lat, gdy zobaczyła w kuchni nieporadne stworzenie, rude i piegowate, o jasnoniebieskich, niemal przezroczystych oczach. Był chłodny październikowy dzień, a łapczywie pijący mleko mały rozczochraniec miał na sobie tylko podarty lejbik sięgający kolan i chustkę na ramionach. Niewiele myśląc, Bisia pobiegła do swego pokoju i wyjęła z szafy futerko, z którego już wyrosła. „Masz, dziewczynko. Nie będzie ci zimno”. Gdy wiele lat później Lorcia przypomniała jej tę scenę, opisała ze szczegółami buciki Bisi, sukienkę, nawet wstążki we włosach. Zatrzymywała się na chwilę, patrzyła na drzewo, kwiat, dom, człowieka i zapamiętywała, jakby zrobiła zdjęcie. W hotelowym foyer natknęli się na wysokiego, chudego Napoleona prowadzącego pod rękę pulchną Józefinę z wysoko upiętymi czarnymi włosami. – Dobry wieczór! – zawołała pani Zabierzeska. – Jak miło państwa widzieć! Klementyna jest jeszcze na górze, zaraz zejdzie. – Piękna tiara – powiedziała Bisia. – Imitacja! – machnęła ręką pani Debora. – Wspaniałe szafiry. – Teofil spojrzał na naszyjnik. – Nawet Józefina de Beauharnais takich nie miała. – Prawda? – ucieszyła się pani Zabierzeska. – Moja rodzina ma jedną z najpiękniejszych kolekcji szafirów na świecie. Teofil znieruchomiał, zapatrzony w coś za jej plecami. Bisia spojrzała w tamtą stronę. Po schodach schodziła Klementyna w czerwonej falbaniastej sukni, z pąsową różą wpiętą w czarne loki. Rozmowy w foyer ucichły, wszystkie spojrzenia skupiły się na niej. Bisia zobaczyła czarne lakierowane buciki, szeroką spódnicę, hiszpańską chustkę z długimi frędzlami, haftowaną w czerwone róże, obcisły stanik, smagłą twarz, czerwone usta i smoliste oczy. Wpatrzone w Teofila. Gdyby to były czasy karnecików, karnet Klementyny zapełniłby się w ciągu pierwszych minut balu. Ledwie jakiś mężczyzna odprowadził ją do stolika, następny już się kłaniał, prosząc ją do tańca. Bisia zatańczyła z mężem walca, polkę i fokstrota, a potem, wirując w powolnym bostonie, sponad ramienia swego partnera w kowbojskim kapeluszu i kraciastej koszuli ukradkiem śledziła Teofila tańczącego z Klementyną. On coś do niej szepnął, ona odpowiedziała i oboje się roześmiali. – Napijmy się czegoś – zaproponowała Bisia, gdy wszyscy znów usiedli. Chciała jak najdłużej zatrzymać przy sobie Teofila. – Tak, należy nam się szampan i chwila odpoczynku – powiedział pan Zabierzeski. – Najważniejsze na balu to dobrze rozłożyć siły. Do stolika podszedł młody mężczyzna w zielonej myśliwskiej kurtce, z kołczanem na plecach. Zdjął kapelusz z piórkiem, kłaniając się przed Lorcią. – Och, Lorciu! – zawołała Klementyna. – Toż to Robin Hood! Saksofonista wysunął się przed orkiestrę i wdał się w synkopowy dialog z perkusistą. Lorcia stanęła na parkiecie, Robin Hood ją objął, ona położyła mu lewą rękę na ramieniu. Gdy ugiął nogi, natychmiast zrobiła to samo. Wiernie powtarzała ruchy partnera, podążała za nim, jakby jego ciało przekazywało jej wiadomość, jaki będzie następny krok. Tańczyli to objęci, to w rozdzieleniu, płynnie przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. – Co to za taniec? – spytała pani Debora. – Kroki są proste, a przecież jest taki widowiskowy. Patrzyli, jak inne pary się zatrzymują, otaczają kręgiem Lorcię i Robin Hooda, zaczynają ich dopingować, rytmicznie klaszcząc. – Proszę państwa! – zawołał wodzirej, gdy taniec się skończył. – Mamy króla i królową lindy hop! Brawo! – Lorciu, skąd znasz ten taniec? – spytała Bisia, gdy Robin Hood odprowadził swą partnerkę do stolika. – Nie znam. Kilka dni temu widziałam, jak go tańczono w Café Casino, ale sama tańczyłam go pierwszy raz. – Niemożliwe – zdumiał się pan Zabierzeski. – Myślę, że wiem, na czym polega twój sekret, dziecko. – Pani Debora uśmiechnęła się do Lorci. – W przeciwieństwie do niektórych kobiet masz odwagę poddać się mężczyźnie i podążać za nim. – Mama pije do mnie – teatralnym szeptem powiedziała Klementyna. – Nie przeczę. Uważam, że dzisiejsze kobiety robią wielki błąd, gdy im się wydaje, że same sobie ze wszystkim poradzą. Otóż nie poradzą sobie, tylko skażą się na bytowanie na obrzeżach świata. – Na obrzeżach lekko się oddycha, mamo. Dobrze mi tam. – Odwieczny spór – westchnął pan Zabierzeski. – Niech państwo nie zwracają na to uwagi. Pamiętasz, moja droga, że i ty kiedyś byłaś sufrażystką? – Ujął dłoń żony i pocałował. – Ale zmądrzałam. – … znalazłam sobie męża i wzięłam go pod pantofel – weszła jej w słowo Klementyna. – Dobrze mi pod tym pantoflem – zaśmiał się pan Zabierzeski. Klementyna nachyliła się i pocałowała go w policzek. – Przepraszam, tatku. Jak widzicie – zwróciła się do Bisi, Lorci i Teofila – moi rodzice są idealnym małżeństwem. Gdybym miała tyle szczęścia co mama i spotkała takiego mężczyznę, poszłabym za nim na koniec świata. Bisi ścisnęło się serce. Pomyślała, że te słowa są skierowane do Teofila. – Tatuś skończył Ecole polytechnique, ale zamiast pojechać do Wiednia i zostać jakimś ważnym inżynierem w Ministerstwie Wojny, jak planowali moi dziadkowie, wrócił z Paryża do Krakowa, w dodatku z amerykańską żoną, i zajął się budowaniem i sprzedawaniem domów. – Pewnie bym poszedł utartą ścieżką, został generałem i się roztył, gdyby nie twoja mama, która odkryła moje prawdziwe powołanie. – Tata sprzeda każdy dom. Gdyby macica była nieruchomością, też by ją umiał sprzedać. – Klementyna mrugnęła do Teofila. Lorcia i Teofil się roześmiali. – Najważniejsze przy sprzedaży jest położenie domu – powiedziała Klementyna do Bisi. – A macica ma położenie najgorsze z możliwych: z przodu wór z moczem, z tyłu skład ekskrementów. – Szkoda, że to takie szokujące – westchnął pan Zabierzeski. – Byłby z tego świetny slogan reklamowy dla naszego biura handlowego: „Sprzedamy każdy dom, nawet umiejscowiony tak niefortunnie jak macica”. – Byłam zawiedziona, że pani hrabina nie przyszła na bal, teraz się cieszę – powiedziała pani Debora. – Co by sobie o tobie pomyślała? Skarcona Klementyna stała się od tej chwili wzorem powściągliwości. Tańczyła, uprzejmie konwersując z partnerami i nie patrząc na Teofila, a podczas bufetowej kolacji ani razu go nie zagadnęła. Bisia bawiła się coraz lepiej. Po którymś fokstrocie wróciła z Teofilem do stolika i zamiast Zabierzeskich zobaczyła swoją teściową rozmawiającą z Lorcią. Teofil zamówił szampana. – Tak się cieszę, maman, że przyszłaś. A jeśli jeszcze zatańczysz ze mną, będę szczęśliwy. Ledwie wstali, Lorcię znów poprosił do tańca Robin Hood. „Ona jest naprawdę ładna – pomyślała Bisia. – Stale słyszałam o jej rudych włosach i nawet nie zauważyłam, jaką ma nieskazitelną cerę, wyjątkowe oczy, doskonałą figurę. Może we Lwowie, gdzie nikt jej nie zna, faktycznie znajdzie wielbiciela, zakocha się z wzajemnością i będzie taka szczęśliwa w małżeństwie jak ja”. W samotnym smutnym dzieciństwie marzyła o starszym bracie albo choćby młodszej siostrze. Kiedy Olga przywiozła ją do Olszynki i przedstawiła jej Teofila, pięcioletnia Bisia w jednej chwili pokochała starszego o dwa lata dalekiego kuzyna. Chodziła za nim jak piesek, dla niego nauczyła się wdrapywać na wysokie drzewa, strzelać z łuku, pływać w głębokim, przerażająco ciemnym stawie. Cierpiała w milczeniu, gdy potem wyjeżdżał do szkoły, a jeszcze bardziej, kiedy sobie uświadomiła, że Teofil kiedyś się ożeni i straci go na zawsze. Gdy w pewien sierpniowy wieczór pocałował ją na ich ulubionej ławce, zakręciło jej się w głowie i po raz pierwszy w życiu zemdlała. – Czy zrobi mi pani ten zaszczyt i zatańczy ze mną? – Starszy pan w szerokich białych spodniach, koszulce w paski i marynarskiej czapeczce skłonił się Bisi. Bisia zdjęła przybraną bursztynami koronę i położyła ją na stoliku. – Zsuwa mi się z głowy podczas tańca – wyjaśniła i uśmiechnęła się do siwego marynarza. Tańcząc, szukała wzrokiem Teofila. Był na parkiecie, tańczył z mamą. Klementyna i jej rodzice gdzieś znikli. Marynarz odprowadził ją do stolika i od razu poprosił do tańca Olgę. Bisia słuchała dźwięków bostona, piła szampana z Teofilem i była szczęśliwa. Po bostonie orkiestra znów zagrała fokstrota i do Olgi podszedł mężczyzna we fraku i w ceratowej kapuzie. – Dziękuję panu, ale cztery tańce z rzędu to dla mnie za dużo – powiedziała. – Świetne przebranie. – Mrugnęła do Teofila, gdy rybak się oddalił. – Powinieneś pomyśleć o czymś takim. Można je zmieścić w kieszeni. Światła na chwilę przygasły. Reflektor skierował się na stojącego na podium wodzireja. – A teraz, proszę państwa, niespodzianka! Wystąpi przed państwem panna Klementyna Zabierzeska! Brawo! Rozbłysły światła. Na parkiecie stała Klementyna w czerwonej sukni, z różą we włosach i koronkowym wachlarzem w wyciągniętej do góry ręce. Uniosła falbaniastą spódnicę, tupnęła nogą obutą w czarny trzewik. Rozległ się metaliczny dźwięk. Musiała zmienić buty, bo wcześniej nie miała blaszek do stepowania. Rozległa się pieśń torreadora z Carmen. Z początku Bisia nie mogła oderwać oczu od Klementyny, potem skierowała wzrok na Teofila. Lekko pochylony do przodu, z uśmiechem błądzącym po twarzy, zapatrzony w tańczącą Carmen, wyglądał, jakby zapomniał o całym świecie. Bisi brakowało tchu, czuła się tak, jakby miała na sobie za mocno zasznurowany gorset. Gdy Klementyna skończyła tańczyć, a cała sala biła brawo jak szalona, poszła do damskiej garderoby i poprosiła jedną z dyżurujących tam pokojówek, by poluźniła jej pasek u sukienki, potem zaś wyszła na hotelowy taras zaczerpnąć powietrza. Wróciła do sali dancingowej i stanęła blisko wejścia. Ponad ramieniem kobiety w zielonej powłóczystej szacie spojrzała na parkiet i zobaczyła uniesioną twarz Carmen oraz jej oczy wpatrzone w oczy torreadora. Tańczyli blisko, zatopieni w sobie. Bisi ścisnęło się serce. Czy ten przeklęty walc nigdy się nie skończy? Zamknęła oczy i w tej samej chwili melodia umilkła. – Twoja na zawsze – usłyszała Bisia za plecami. – Wieki nie słyszałam tego walca. Wrócili do domu szarym świtem, zanim obudziły się ptaki. Lorcia, nucąc jakąś melodię, znikła w gościnnej sypialni. Bisia zdjęła gazową sukienkę i otulona w lekki szlafroczek stała w salonie przy drzwiach wychodzących na taras. – Przeziębisz się, malutka. Zmykaj do łóżka – powiedział Teofil, zaglądając do pokoju. – Teo… Widziałam, jak z sobą tańczyliście, jak ona na ciebie patrzyła i jak ty… patrzyłeś na nią. – O czym ty mówisz, kaczuszko? – O Klementynie. – Bisiu, kochanie, wypiłaś za dużo szampana i coś ci się roi w tej ślicznej główce. Chciał ją przytulić, lecz się odsunęła. Spojrzała mu w oczy i nagle ją olśniło. – Ona cię kocha, a ty o tym wiesz, prawda? – Zaraz kocha… Pracujemy razem, może z nudów odrobinę flirtuje… – Teo! Nie wolno ci przestać mnie kochać! – Wiesz, że jesteś tylko ty, od zawsze i na zawsze – szepnął. – Przecież tak się umówiliśmy – dodał żartobliwym tonem. Objął ją ramieniem i wskazał na niebo. – Popatrz, zapowiada się piękny dzień. Stali przytuleni, słuchając dalekiego szumu morza i bliskiego szumu sosen. – Przyjdź teraz do mnie – poprosiła. – Jesteś zmęczona… – Nie, Teo, jestem nieszczęśliwa! Czuję, że ona leży w swoim łóżku, ale nie śpi, tylko myśli o tobie. Pragnie cię! – Nie mów głupstw, kaczuszko. Wspięła się na palce i przycisnęła wargi do jego warg. – Kochaj mnie! Kochaj tylko mnie! Kiedy się obudziła, nie było go przy niej. Stał na tarasie z papierosem w ręku i patrzył na wschodzące słońce, błyszczące na rudych pniach sosen. Ukryta za firanką widziała, jak odwrócił głowę, objął wzrokiem biały dom, trzcinowe fotele, stół z bukietem gladioli w szarym dzbanie. Wszystko takie proste i znajome. – Tamto jest tylko szaleństwem – powiedział do siebie półgłosem. Przycisnęła dłonie do serca, które przyspieszyło ze szczęścia. Nagle jej się wydało, że coś czerwonego mignęło wśród drzew. Teofil odłożył papierosa i boso zszedł do ogrodu. Sosnowe igły, których ogrodnik nie zgrabił z trawnika, miękko uginały się pod jego stopami. Ktoś stał tuż za płotem. Jeszcze przez chwilę miała nadzieję, że furtka będzie zamknięta na klucz. Teofil nacisnął klamkę i furtka się otworzyła. *** KLEMENTYNA Klementyna wrzuciła list do ognia i sięgnęła po następny. 14 lutego 1943, niedziela Najdroższa moja Klementynko! Bardzo Ci dziękuję za piękny, długi list. Cieszę się, że spędziłaś święta z rodziną, choćby daleką. Uśmiałem się, gdy czytałem charakterystykę Twego szwagra i jego drugiej żony. Pisz jak najczęściej, bardzo czekam na Twoje listy. Czy udało Ci się dowiedzieć czegoś o Rodzicach? Rozumiem Twój niepokój, bo sam często myślę o Olszynce, o tym, co się dzieje z Mamą i Bisią. Wieści z Polski nie mamy prawie wcale. Dostałem wczoraj list i paczkę z whisky i blaszankami piwa z Australii, od Iana McTawisha, mojego towarzysza broni z Libii. Pisałem Ci o nim kiedyś, pamiętasz? To ten, który cierpiał na zapalenie kości stopy i mimo kilku operacji rana nie chciała się wygoić. Ponieważ wykluczono kiłę, gruźlicę i promienicę, pomyślałem o malarii, bo już wtedy wiedziałem, jaka to nieszablonowa choroba (w swoich propagandowych audycjach Niemcy nie bez powodu nazywają nas „dywizją widliszka”). Ian twierdził, że nigdy na malarię nie chorował, okazało się jednak, że ma we krwi zarodźca pasmowego. Wyobraź sobie, po leczeniu przeciwmalarycznym rana zagoiła się w ciągu kilku dni. Ian w każdym liście zaprasza nas do siebie po wojnie i jak zwykle grozi, że jeśli nie przyjedziemy, najlepiej na stałe, to wybierze się do Europy i zabierze nas, choćby siłą. A my tu wojujemy z szakalami. Do ich wycia już dawno przywykliśmy, ale ostatnio tak się rozzuchwaliły, że wchodzą do namiotów i kradną jedzenie, nawet chleb. Idzie hamsin, nie ma czym oddychać i ludzie zrobili się kłótliwi. „Buzułuki” od Andersa kłócą się z „Lordami” (tymi, którzy tu przyjechali z Anglii), a jedni i drudzy z nami, „Ramzesami”… Ktoś zapukał do drzwi. Klementyna przez chwilę walczyła z sobą. Miała ochotę cicho wstać i zamknąć zasuwkę. – Proszę! – zawołała, nie podnosząc się z podłogi. Drzwi się otworzyły i stanęła w nich Wanda. – Co robisz? Skończył ci się węgiel? – spytała, patrząc na szary popiół ze spalonego papieru. – Pożyczę ci. – Jutro wyjeżdżam, zapomniałaś? Nie mogłabym ci oddać. – No to ci dam… – Urwała. – Palisz listy? – Nie. Chowam je do kominka. – Ale przecież… przecież w nim się pali. – Zauważyłam. Wanda milczała chwilę. Patrzyła na siedzącą na podłodze Klementynę, na rozsypane wokół niej listy, potem przeniosła wzrok na leżącą na łóżku walizkę. – Spakowałaś się już? Klementyna kiwnęła głową. – To może zejdziesz na dół? Adam przyjechał i pyta o ciebie. – Jaki Adam? Przed kwadransem słyszała dzwonek i zamieszanie na dole, ale ku jej radości wszystko szybko ucichło. – MacKay. – Aidan? – Te szkockie imiona zawsze wylatują mi z głowy. Nie mogliby się nazywać Arthur, Alex albo Mary? – Wolą Artaira, Alasdaira i Marion. – Boże! – Wanda wzniosła oczy do nieba. – Aleś zagrzechotała! Jak stara skrzynia biegów albo rodowita Szkotka. To co, zejdziesz? – Za chwilę. Kiedy drzwi się zamknęły, Klementyna spojrzała na listy. Zgarnęła je na kupkę, podniosła z podłogi, przycisnęła do ust, zamknęła oczy, a potem wyciągnęła ręce i upuściła listy na rozżarzone węgle. Założyła ręce na piersi i dopiero wtedy otworzyła oczy. Ogień w kominku na chwilę przygasł. Białe, szare i niebieskie koperty otoczył wianuszek siwego popiołu. Gdyby je teraz chwyciła szczypcami, mogłaby je jeszcze uratować. Siedziała nieruchomo i patrzyła, jak spod papieru wypełzają czerwone ogniki, przebiegają po brzegach kopert, znikają, znów się pojawiają, większe i śmielsze. Gdy listy zapłonęły jasnym ogniem, wstała z podłogi. Otwarła schowek w ścianie. Na krótkim drążku wisiało kilka sukienek, dwie bluzki, płaszcz z wielbłądziej wełny, który kupiła na pchlim targu za pierwszą angielską pensję. Zdjęła szlafrok i włożyła swoją ulubioną sukienkę z lazurowego jedwabiu drukowanego w zielone listki. Była za lekka na jesień, zarzuciła więc na ramiona szal z kaszmiru. Przez chwilę patrzyła na krzyżujące się na nim granatowe, zielone i żółte pasy. Kolory kiltu Aidana. Pomyślała, żeby zdjąć szal, choć przyjemnie grzał jej plecy, potem wzruszyła ramionami i ciaśniej się nim otuliła. Nawet jeśli Aidan go pamięta, jakie to teraz ma znaczenie? Choć po schodach schodziła powoli, brakowało jej tchu i na korytarzu musiała przystanąć. Z kuchni dobiegały podniesione głosy. – … pospolity dezerter, w dodatku z pola walki! – Chciał wrócić do Lwowa, lecz Mościcki mu to odradził. Zresztą nawet gdyby wrócił, to na pewną śmierć. – Gdyby był we Francji, mógłby walczyć dalej. – Przecież nie był wróżką, nie mógł przewidzieć, że Rumuni zdradzą i go internują. – Tak, siedział sobie w Rumunii, pisał wiersze i malował. Świetne zajęcia dla marszałka. – Złożył funkcję zaraz na początku, w październiku. Poza tym go pilnowali. Ale i tak przy pierwszej okazji prysnął na Węgry i chociaż był po pięćdziesiątce, przeszedł przez Tatry i dostał się do Warszawy. – Dużo się tam nawojował. Mógł wojować we wrześniu. Czemu przy takiej słabej łączności nie pomyślał o podziale na fronty? Albo o obronie na linii Wisły, Bugu i Sanu zamiast od samych granic? Co to za wódz naczelny, który nie widzi choćby tego, że plany mobilizacyjne są oparte na fikcji? – Przecież wiesz, Władku, że wszystko rozbijało się o pieniądze. Nie można go obciążać za sytuację gospodarczą, za przewagę Niemców, za cios w plecy, który nam zadali Sowieci, za zdradę Rumunów, Francuzów i tych pieprzonych dżemojadów. – Ale za zakaz walki z Sowietami można. Klementyna odetchnęła głęboko, nacisnęła klamkę i weszła do salonu. Jak zawsze poraziła ją brzydota tego pokoju: musztardowe zasłony w jaskrawe czerwone romby, tabaczkowe tapety z brązowymi i czarnymi maźgami, bohomaz wiszący nad kominkiem i siedzące po obu jego stronach dwa gipsowe lwy, pomalowane na rudo i udające miedziane. Jednemu farba zeszła z oczu i wydawało się, że są zasnute bielmem. – Clementine, how nice to see you! Aidan zerwał się z narożnej kanapy, na której siedział między panią Hughes, ich landlady, a Wandą. Wyglądał jak wtedy, gdy przyjechał na rekonwalescencję z północnej Afryki, z wypłowiałymi od słońca rudymi włosami i pokrytą piegami twarzą. Uścisnął ją i pocałował w policzek. – Aidan! Skąd się tu wziąłeś? Nie pisałeś, że przyjeżdżasz do Londynu. – Napije się pani herbaty, pani Klementyno? Klementyna odwróciła się do pani Hughes. – Tak, poproszę. Usiadła na pluszowej ławce, po drugiej stronie niskiego stolika, a Aidan zajął miejsce obok niej. – A więc jutro nas pani opuszcza. – Gospodyni podała jej filiżankę. – Wyjeżdżasz? Dokąd? – spytał Aidan. – Do Cromarty Park. – Do Szkocji na zimę? To szaleństwo! – zaśmiał się Aidan. Klementyna przypomniała sobie pełen przeciągów kamienny dom, nieopalane sypialnie, w których pokojówki ogrzewały lodowatą pościel staroświeckimi szkandelami, gdzie w długie zimowe noce jedynym źródłem ciepła był termofor. Czasem, dzwoniąc zębami, schodziła nad ranem do kuchni, grzała wodę w elektrycznym czajniku, jedynym w tym domu sprzęcie przypominającym, że to dwudziesty wiek, i nalewała wrzątek do termofora. – Sir Crispin, mój wuj, i lady Isobelle zaprosili mnie do siebie – powiedziała Klementyna. Sir Crispin nie był jej krewnym, tylko mężem jej dawno zmarłej ciotki. Wiedziała jednak, że pani Hughes jest czuła na punkcie arystokratycznych koneksji. – To miłe z ich strony! – zagruchała gospodyni. – Sir Crispin? Dziwne imię jak na… starozakonnego. Bo skoro to pani wuj… – rzucił siedzący obok Wandy sierżant Barankiewicz. Tak właśnie kazał się nazywać: sierżant Barankiewicz, jakby nie miał imienia i choć nikt nigdy nie widział go w mundurze. Wprowadził się przed rokiem i już pierwszego dnia ogłosił świętą wojnę przeciwko Klementynie, jako renegatce kalającej własne gniazdo. – Żyd to nie jest brzydkie słowo – zauważyła cierpko. – Nie, sir Crispin nie ma żydowskiego pochodzenia jak moja matka. Jest Szkotem z dziada pradziada. Małżeństwo z moją ciotką pan pewnie by zaliczył do błędów młodości. – To taka romantyczna historia! – zawołała Wanda. – Amerykanka przyjeżdża do Londynu, poznaje szkockiego lorda, zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia i mimo sprzeciwów jego rodziny biorą ślub. – Pani mama jest Amerykanką? – spytała gospodyni. – Nigdy pani o tym nie wspomniała, ale ja od razu wyczułam ten akcent. Aidan nachylił się do Klementyny i szepnął: – Jakby sama używała Queen’s English, a nie cockneya. Klementyna spojrzała na Wandę. – Wandziu – powiedziała po polsku – przecież ci mówiłam, że ożenił się z nią dla pieniędzy. Był lordem, to prawda, ale biednym jak mysz kościelna. Gdyby nie jej żydowskie dolary – spojrzała na sierżanta Barankiewicza – nie miałby za co załatać dziur w dachu swego zamku i do dziś woda by mu kapała na głowę. Wanda poczerwieniała jak piwonia. – Moja ciotka była miłą, zgodną kobietą – dorzuciła Klementyna łagodniejszym tonem. – Może z czasem by się w niej zakochał. I jakby nigdy nic zwróciła się do pani Hughes. – Tak, mama była Amerykanką. Ściśle mówiąc, amerykańską Żydówką, choć protestantką. Zginęła w krakowskim getcie. – Kto ją zabił? – spytała pani Hughes. „Cyjanek potasu”. – Niemcy. – Może jeszcze herbaty, panie MacKay? – Gospodyni uśmiechnęła się do Aidana. – Bardzo dziękuję, ale muszę się już pożegnać. – Aidan odstawił filiżankę i wstał. – Do widzenia pani. Do widzenia państwu. Klementyna także się podniosła. – Do widzenia, pani Hughes. Dziękuję za gościnę w pani domu. – Ach, gdyby pani wróciła kiedyś do Londynu, zawsze będzie tu pani mile widziana. – Dziękuję. Wandziu – dodała Klementyna po polsku – mogę zajrzeć do ciebie wieczorem? Chciałabym się pożegnać. – Będę czekała. Za drzwiami Klementyna głęboko odetchnęła. – Co się stało? – spytał Aidan. – Czemu tu jest tak… tak… nieprzyjaźnie? – Słyszałeś takie wyrażenie „polskie piekiełko”? Aidan przecząco pokręcił głową. – To jest właśnie to, co widziałeś. Siedzimy w kotle z gorącą smołą i pilnujemy, żeby wszyscy byli równo zanurzeni, aż po szyję. – Nie rozumiem. – Bo tego nie da się zrozumieć. – Czy ten pan… Baranek? – Baranek to on na pewno nie jest. Barankiewicz. – Czy ten Barankiewicz jest antysemitą? – Nie wiem. Ale nienawidzi mnie, to pewne. Gdybym była Marsjanką, mówiłby źle o Marsjanach. – Dlaczego? – Bo wiem coś, co on chciałby ukryć. – Teraz rozumiem. – Prawdę mówiąc, wątpię. Uśmiechnął się. – Pamiętasz, jak się poznaliśmy na tej drodze we Francji? Płakałaś, a ja jak kretyn spytałem, jak się czujesz. Spodziewałem się usłyszeć: „Dziękuję, świetnie!”, tymczasem ty powiedziałaś: „Nie widzisz, głupku, że jestem nieszczęśliwa?”. Naprawdę jutro wyjeżdżasz? – Tak. Z samego rana. – Czy mogę cię zaprosić na kolację? „Dobre jedzenie, szampan. Byłoby miło”, pomyślała. – Obiecałam Wandzie, że spędzę z nią wieczór. – Ją też zaproszę, choć wolałbym być tylko z tobą. Nagle poczuła, że nie chce siedzieć sama w brzydkim pokoju, patrząc na spakowaną walizkę i spopielone listy. – Może chodźmy na spacer i na herbatę do Kew Gardens. – Świetny pomysł! – Poczekaj, wezmę płaszcz. Patrzył za nią, gdy wchodziła na schody. – Ślicznie wyglądasz – powiedział. – Pamiętam ten szal z Francji. * Wiosna czterdziestego roku była we Francji gorąca. (…) W hali dworca morskiego kłębił się tłum. Klementyna potykała się o walizki, pudła, nogi jakichś siedzących na podłodze ludzi. Nie doszła nawet do połowy hali, gdy zaczęła się bać, że tłum ją udusi. Torując sobie drogę łokciami, przedarła się z powrotem. Stanęła przed budynkiem i głęboko oddychała. – To nie Gdynia, tu nie ma jodu – usłyszała nagle. Mężczyzna mniej więcej w jej wieku, w eleganckim letnim garniturze, patrzył na nią, mrużąc oczy. – Jak pan zgadł, że jestem Polką? – Ma pani przypiętą na plecaku odznakę Sekcji Turystycznej Towarzystwa Tatrzańskiego, choć nie wygląda pani na taterniczkę. – To plecak mojego ojca. – Czeka pani na niego? Klementyna pomyślała o rodzicach i serce jej się ścisnęło. Spojrzała na natręta. Nawet się nie przywitał ani nie przedstawił. Wyglądał jednak na osobę obrotną. – Czekam na jakiś statek, który mnie stąd zabierze. – Dokąd chciałaby pani popłynąć? Do Ameryki? – Na razie do Anglii. – Widzi go pani? – spytał, wskazując ręką. Klementyna spojrzała na morze. Statek pasażerski z widocznym z daleka grubym kominem płynął na zachód. – Tak. Ale chyba tutaj nie zawinie. – To Lancastria. Wpłynie do estuarium Loary i zacumuje jakieś dziesięć mil stąd. Jutro po południu odpłynie do Liverpoolu. – Skąd pan to wie? Nie odpowiedział. – Myśli pan, że weźmie także cywilów? – spytała po chwili. – Przede wszystkich weźmie lotników z RAF-u, potem Brytyjczyków, Belgów, którzy czekają już od kilku dni, Holendrów, ale Polaków też. Mnie na przykład. Tylko psy są wykluczone. Klementyna przypomniała sobie niemiecką tabliczkę na jednym z krakowskich sklepów: „Psom i żydom wstęp wzbroniony”. – Nie pyta pani, dlaczego akurat psy? – Boją się zawleczenia na Wyspy wścieklizny. – Ach! Mam do czynienia z osobą zorientowaną. Jest pani weterynarzem? – Nie. Chirurgiem. – Wspaniale! Zapraszam panią do moich amerykańskich przyjaciół. – Dziękuję, ale nie mam czasu. Do widzenia! – Nie przyjmuje pani zaproszeń od nieznajomych. Rozumiem. Jestem Witek. A jak pani ma na imię? – Wie pan wszystko, więc pewnie i to. – Oczywiście, Rozamundo. Mimo woli się roześmiała. – Tak lepiej. Rozamundo, zjemy kolację u amerykańskich przyjaciół, a rano pojedziemy ich sanitarką tam, gdzie zacumuje Lancastria. – Sanitarką? Co to za Amerykanie? – Młodzi, wysportowani, uwielbiający futbol ochotnicy, których wysłał amerykański Czerwony Krzyż, żeby pomagali w ewakuacji rannych. Ponieważ jednak rannych tu nie ma, zajmują się myciem i polerowaniem swoich sanitarek, grają w piłkę albo boksują. Dwóch wysokich jasnowłosych młodych ludzi w mundurach koloru khaki, z czerwonym krzyżem na rękawach i naramiennikach, stało przy pomalowanej na biało przyczepce samochodowej. – Hello, Witek! – zawołali na ich widok. Klementyna miała słabość do amerykańskiego akcentu. – Jesteś Amerykanką? – spytali, gdy się przywitała. – W połowie. Moja mama urodziła się w Bostonie. Phil i Jack stacjonowali trzydzieści kilometrów od Saint-Nazaire, a do portu przyjechali po francuski autoklaw polowy. Pokazali Klementynie, jak działa i jak można sterylizować narzędzia podczas jazdy. Potem obejrzała wyposażenie sanitarki. Wszystko lśniło jak nowe. – Używaliście jej kiedyś do przewozu rannych? – spytała. – Jeszcze nie. – Na razie przewiozą nas i skrzynkę szampana – powiedział Witek. Gdy sanitarka ruszyła, spytał: – A ty, Rozamundo, miałaś do czynienia z rannymi? – Tak. – We Francji? – Nie. W Warszawie. – Jesteś warszawianką? – Nie. Wracałam z wakacji i wojna zaskoczyła mnie w Warszawie. – Jak tam było? – Jak było? – Zamyśliła się. – Dużo przypadków inop. – Co to znaczy? – Inoperabilis. Beznadziejnych. Pierwszy ranny, przy którego operacji asystowała, miał trzewia pocięte odłamkami na drobne kawałki. „Tu nic nie da się zrobić. Zaszyj go, ja biorę następnego”, powiedział operator. Potem nie było czasu nawet na gotowanie narzędzi. Całymi dniami opatrywała rannych, grzebiąc rękami we krwi i w ropie. Gdy zabrakło katgutu, jedwabiu i lnu, zszywała rany przędzą do cerowania albo zwykłymi nićmi. – A postrzał? Jakie się wtedy ma szanse? – Zależy gdzie. Jeśli dostaniesz w kończynę, możesz się wykrwawić w ciągu dwudziestu minut. Strzał w środek tułowia łamie kości i rozrywa tętnice. A po trafieniu w głowę człowiek pada jak szmaciana lalka i umiera, zanim zdąży pomyśleć, co się stało. – Nie jesteś optymistką, Rozamundo. W książkach inaczej piszą o wojnie. – Szczególnie ci, którzy prochu nie wąchali. Teoria ma skrzydła, praktyka i chirurg jedynie ręce. Prócz karetek z załogą Amerykanie przysłali wyposażenie szpitala polowego. Z zazdrością oglądała sprzęt i narzędzia. Gdyby choć dziesiątą ich część miała w Warszawie! Było tu wszystko – nie tylko do ratujących życie zabiegów w warunkach polowych, ale także do operacji ocznych, laryngologicznych, urologicznych. Wzięła do ręki łyżkę Breisky’ego. – Przewidujecie również operacje ginekologiczne? Phil stanął w pąsach. – Ja jestem tylko sanitariuszem po trzymiesięcznym kursie. – Widzę, Rozamundo, że jesteś pod wrażeniem – powiedział Witek po polsku. – Nie okazuj tego tak wyraźnie, bo jeszcze bardziej wbiją się w dumę i uwierzą, że mają wszystko. – Nie pomyśleli o jednej rzeczy. – O czym? – O trumnach. Phil i Jack zajmowali piętro w starym kamiennym domu. Wprost ze schodów wchodziło się do wielkiej kuchni z kominkiem, dalej były małe sypialnie w amfiladzie. Po pierwszej butelce szampana Amerykanie powiedzieli „dobranoc” i znikli w swoich pokojach. – Za drugą przegraną! – Witek uniosł kieliszek. – Żabojady dostały baty i wcale mi ich nie żal. Z taką pogardą mówili, że Niemcy nas pokonali w pięć tygodni. Oni wytrzymali niewiele dłużej, choć mają Linię Maginota i nie musieli jak my walczyć na dwa fronty. – Jeszcze się nie poddali – zauważyła Klementyna. – Niedługo to zrobią. Wolą żyć na kolanach, niż zginąć na stojąco. – Tak dobrze ich znasz? – Mieszkam tu od dziesięciu lat. – Czym się zajmujesz? – Zarabianiem pieniędzy. – Uśmiechnął się. – A ty dobrze znasz Amerykanów? Klementyna się zamyśliła. – Nie – powiedziała w końcu. – Skromna kobieta! Wybryk natury! Otworzył kolejną butelkę. – Za Amerykę! Oby jak najszybciej przyłączyła się do tej wojny. – Myślisz, że to będzie wojna światowa? Tak jak Wielka Wojna? – Jestem tego pewien, Rozamundo. Roosevelt najpierw zwietrzy w wojnie interes, tak jak go wyczuł w sowieckiej Rosji, a potem, gdy wojna się rozkręci, gdy na Amerykanów posypią się bomby, nie będzie miał innego wyjścia, jak się do niej przyłączyć. – Interes w wojnie? – Pomyśl, Rozamundo, ile stali będą mogły sprzedać amerykańskie huty, ile Roosevelt wyeksportuje węgla, ropy, broni, żywności. Wojna to złoty interes. – Nie dla wszystkich. – Masz rację, tylko dla niektórych. Takich jak ja. A czym się trudni twoja amerykańska rodzina? Boston nie kojarzy mi się z niczym konkretnym. – Handluje diamentami. – Świetny fach! – zawołał z przesadnym żydowskim akcentem. – Wiesz, jak diamenty pójdą w górę? Jeśli musisz szybko sprzedać wszystko, co masz, i uciekać, to przecież nie będziesz brać walizki pieniędzy. Ale woreczek diamentów już tak. – Jak się dostaniesz jutro na statek? – spytała, by zmienić temat. – Wejdę po trapie. – Mrugnął do niej. – Napijmy się jeszcze. I daj mi rękę. – Prosisz mnie o rękę? – Zobaczymy. Lewą poproszę. Rozprostował jej dłoń, pogładził ją, potem długo na nią patrzył. – Dwóch mężczyzn. Pierwszego opuściłaś, ale będzie cię kochał aż do śmierci. Chciała wyszarpnąć rękę, lecz chwycił ją mocniej. – Jeśli popłyniesz do Anglii, będziesz musiała zrezygnować z chirurgii. – Dlaczego? – spytała odruchowo, choć nie wierzyła w chiromancję. – Nie wiem. Może nie dostaniesz pozwolenia na pracę, może nikt cię nie zatrudni, może wyjdziesz za mąż i on zabroni ci pracować. Lepiej zostań we Francji, ukryj się gdzieś na południu, ale nie nad morzem, bo morze ci nie sprzyja. – Dlaczego miałabym się ukrywać? Spojrzał na nią. – To wiesz lepiej niż ja. Wyrwała mu dłoń. – A co powiesz o swojej przyszłości, jasnowidzu? – Nie jestem jasnowidzem. Nawet gdybym był i ją znał, to i tak nie mógłbym przed nią uciec. – Sięgnął po butelkę. – Napijmy się. – Nie wierzę w chiromancję. – Ja też nie. – To po co ci była moja ręka? – Może gdy chce się zajrzeć w przyszłość, łatwiej patrzeć na rękę albo w karty zamiast w oczy? Obudziła się z wrażeniem, że zaspała. Podniosła leżący na szafce nocnej zegarek – dochodziło południe. Szampan, wygodne łóżko i poprzednia noc spędzona w ciężarówce zrobiły swoje. Szybko się ubrała i poszła do kuchni. Na stole leżała kartka. Droga Rozamundo, Francuzi się poddali. Na wieść o tym nasi amerykańscy przyjaciele dali dyla. Dziękuję za cudowny wieczór! Witek PS Chiromancja, wirujące stoliki i Marsjanie to bzdury. Ale zostań we Francji. Zmięła kartkę i rzuciła ją na podłogę. Phil i Jack znikli, tak jak Witek. Klementyna założyła plecak i ruszyła drogą w kierunku Saint-Nazaire. Miała przed sobą jakieś trzydzieści kilometrów i wiedziała, że Lancastria odpłynie bez niej. „Anglicy przyślą inne statki. Teraz, kiedy mają nóż na gardle, gdy cały niemiecki impet skieruje się na nich, będą potrzebowali każdej pary rąk”, pocieszała się w myślach. Dzień był upalny i po dwóch godzinach marszu pustą drogą usiadła na chwilę w cieniu, żeby odpocząć. Ledwie weszła między drzewa, na drodze pojawił się samochód. Minął ją, zanim zdążyła z powrotem wybiec na drogę. Była u kresu sił, gdy znowu usłyszała motor. Stanęła na środku drogi. „Niech mnie przejedzie, nie ruszę się stąd”, myślała. Kierowca zahamował, otworzył drzwi i wychylił się z auta. – Czy pani zwariowała?! – krzyknął. – Mogłem panią zabić! – Muszę się dostać do Saint-Nazaire. Podwiezie mnie pan? Zapłacę. – Nie musi mi pani płacić. Akurat tam jadę. Otworzył tylne drzwiczki. Usiadła koło starszej pani w niemodnym kapeluszu i chustce na ramionach. Kobieta kołysała się do przodu i do tyłu, mamrocząc w kółko pod nosem: „Zwyciężyli, bo są silniejsi od nas”. Gdy wysiadła koło portu, z głodu i pragnienia zakręciło jej się w głowie. Prócz filiżanki kawy od rana nic nie miała w ustach. Pod platanem stało kilka stolików przykrytych obrusami w kratkę. Usiadła przy jednym z nich. Po chwili podeszła do niej kelnerka. – Poproszę szklankę wody. Co mogę dostać do jedzenia? – Mamy zupę jarzynową, wołowe ragout, zieloną sałatę, brokuły i naleśniki. – Poproszę wszystko. Kelnerka odeszła, lecz za chwilę wróciła. – Wszystko – powtórzyła z naciskiem Klementyna. – Tak, wiem. Przyszłam zapytać, czy chce pani posłuchać przemówienia marszałka Petaina. Będzie mówił przez radio. W restauracyjce wszystkie miejsca były zajęte. Kelnerka przyniosła Klementynie krzesło z zewnątrz, postawiła na stole dzbanek wody, potem talerz z zupą. Inni goście siedzieli nad szklaneczkami wina albo cydru, rozmawiając leniwie. Gdy spiker zapowiedział orędzie marszałka Petaina, wszyscy umilkli. – Francuzi! Po rozmowie z prezydentem Republiki przyjmuję urząd premiera. Wyrażam podziw dla naszej armii walczącej z przeważającymi siłami wroga. W tych tragicznych chwilach myślę o nieszczęsnych uchodźcach zapełniających nasze drogi. Ze ściśniętym sercem oświadczam wam, że należy podjąć próbę przerwania walki. Zwróciłem się tej nocy do przeciwnika z prośbą, aby jeśli jest na to przygotowany, podjął razem ze mną, jak żołnierz z żołnierzem po honorowej walce, próbę znalezienia sposobu na położenie kresu działaniom wojennym. Przemówienie trwało nie dłużej niż dwie minuty. Gdy się skończyło, Klementyna podeszła do kontuaru i zapłaciła za obiad, którego nie skończyła jeść. Stojąc już w drzwiach, odwróciła się twarzą do gości i powiedziała głośno: – Teraz niemieccy oficerowie przybywający do Paryża mają przed sobą tylko jedną walkę: o lepszy stolik w kawiarni. Klasa 4 Nutka wpadła do fartuszka nuci kołysankę. I namawia wypij, wypij mleka pełną szklankę. Hopsa, hopsa , hopsasa tańczy na obrusie już nie wróci do śpiewnika ze mną zostać musi Hopsa, hopsa , hopsasa uśmiechnięta Nutka zna melodii chyba z tysiąc chociaż jest malutka Gdy wieczorem spać się kładę Nutka nieposłuszna Śmieszny nosek swójwystawia śmieje się z fartuszka. Dziś do szkoły ją zabiorę — straszy wiatr i plucha Usiądziemy wszyscy w kole żeby nutki słuchać Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy. Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy. Marsz, marsz Dąbrowski, z ziemi włoskiej do Polski. Za twoim przewodem złączym się z narodem. Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, będziem Polakami. Dał nam przykład Bonaparte, Jak zwyciężać mamy. Jak Czarniecki do Poznania po szwedzkim zaborze, Dla ojczyzny ratowania wrócim się przez morze. Już tam ojciec do swej Basi mówi zapłakany - Słuchaj jeno, pono nasi biją w tarabany. Jeden klucz pomaga mi drzwi otworzyć raz, dwa, trzy A ja zeszyt pełen mam, kluczy dzięki którym gram. Bo klucz wiolinowy otwiera mi do dźwięków, melodii piosenek drzwi Gamę, trójdźwięk, dur i mol Łatwiej zagrać kiedy wiem, łatwiej zagrać kiedy wiem, Gdzie znajduje się dźwięk sol Mogę grać melodię tą dźwięki mi posłuszne są Wszystkie nuty zagram sam, bo klucz wiolinowy mam. Myszka jest u nas w szparce, proszę nie mówcie o tym Niani, ani kucharce, bo by wnet przyszły z kotem. A ja ją bardzo lubię i jej tu dobrze z nami, Gdy w kącie kruszki skubie, ruszając wąsikami. Nie chcę, by ją zabito, więc karmię ją kryjomie Przyjdzie do mnie z wizytą, to was z nią zaznajomię. Kikkediboom to taka nasza gra, kikkediboom w to cały dom nasz gra w kikkediboom gra mama, w kikkediboom gra tata, w kikkediboom gra siostra , brat i ja. 1. W tej grze doprawdy piątej klepki brak, bo wszystko w niej na odwrót i na wspak Na rękach noś trzewiczki, na nogach rękawiczki i wszystko rób na odwrót i na Ta gra doprawdy bywa śmieszna tak sąsiadka grozi szczotką-krzyczy zła: „to skandal, co za banda, tej bandzie wlepić mandat. Tych zabaw już po uszy każdy ma.”3. A kiedy cała okolica grzmi poważny bądź i wstrzymaj się od gry ubrany nienagannie, czasami kładź się w wannie na znak, że więcej nie grasz w takie gry. Moja planeta jest całkiem „nie z tej Ziemii „ Moja planeta nie ma ceny Moja planeta jest rano niewyspana Moja planeta jest tam gdzie Ty i mama. Moja planeta nie spadła tu z księżyca Moja planeta to tajemnica Moja planeta raz zimna raz przegrzana Moja planeta jest tam gdzie Ty i mama. - to Ziemia woła ludzi Jutro tlen już trudniej będzie zbudzić - ratujmy siebie sami - do siebie wysyłamy Moja planeta miłości się nie boi Moja planeta broń rozbroi Moja planeta zna dobre obyczaje Moja planeta nam wszystkim dłoń podaje Przyszła niespodziewanie, nie pukała wcale. Zdjęła kapelusz, uśmiechnęła się. Zaraz poznałem całą w kwiatach piękną damę. Wiosno, ach wiosno witam Cię... Śpiewajmy wszyscy dziś wesoło zima skończyła się słoneczko świeci nam nad głową-uśmiecha się, Choć czasem wiosenny deszczyk kapnie ci na nos ty śpiewaj z nami na cały głos. Chwileczkę posiedziała kawy pić nie chciała, mówi, że musi iść obudzić świat. Poszła na łąki i rzecz to jest niesłychana, gdzie stąpnie kwitnie piękny kwiat. Gdzieś daleko stąd złoty zamek złoty tron. Wstążek cichy szum, niewidzialnych gości tłum. Koronkowy bal, już nas woła świateł tysiąc, tysiąc barw Co tam smoki co tam kryształowe łzy Damy sobie radę ja i ty pamiętaj: Gdy mi rękę dasz popłyniemy razem tam gdzie oczy gwiazd Przez bajkowe niebo przez bajkowy las, Gdy mi tylko rękę dasz. Gdzieś daleko stąd złoty zamek złoty tron. Zapukamy tam do bajkowych wielkich bram. Jak tęczowe ćmy zatańczymy póki szklana góra lśni Co tam smoki… Do do doskonale śpiewać chcę, re re refren świetnie znam Mi mi miło słuchać piosnki tej, fa fa fantastycznie zagram wam Sol sol solo śpiewam niczym ptak, la la jak landrynka słodko tak Si si sił nabrałem, kiedy zaśpiewałem do do dobrze znam tekst wprzód i wspak. Do- re -mi –fa- sol la –si- do, do- si –la-sol- fa -mi -re -do C -d –e- f- g -a –h- c , c –h- a- g- f –e- d- c C c celnie trafiam w każdy dźwięk, d d delikatnie tak E e elegancko robię brzdęk, f f flecik prosty pięknie gra. G g gładko zagram utwór wam, a a jak artysta talent mam H h hałasuję, kiedy muzykuję, c c całą gamę dobrze znam Słoneczko długo dzisiaj spało, nie wiedziało, że W nocy się na świecie zrobiło biało, spadł dla dzieci pierwszy śnieg. Białe pola białe góry, śnieżny wstaje dzień I tylko miś zamruczał - obudził się, lecz wkrótce zapadł w długi sen. Już Pani Zima przyszła do nas, przyniosła z sobą biały puch, Zmrożone sople błyszczą w świetle dnia, pobawmy się śnieżynką ty i ja Leśna choinka stoi biała, chłodny szumi wiatr I tylko serca dzieci cicho biją, bo już choinkę ubrać czas. Nowy rok idzie polną drogą mrozem srebrzy trakt. Wyjdziemy mu naprzeciw, zaśpiewamy śnieżną piosenkę ty i ja. Zaraz siądę sobie w kącie zagram dzieciom na trójkącie Trójkąt srebrne oczy ma, srebrnym głosem pięknie gra. Czary mary weź pałeczkę do ręki, czary mary wyczarują się dźwięki. Czary mary i na pewno w tych dźwiękach jest zaklęta, zaklęta piosenka. Tu są dzwonki tu pałeczka, zagram dzieciom na dzwoneczkach. Zagram dzieciom sol-do mi zatańczymy ja i ty.` Hula babula wsiadła na miotłę, tam i z powrotem, tam i z powrotem W podróż ruszyła ze swoim kotem. W górę i w górę i w dół. Spieszy się bardzo hula babula tam i z powrotem… Żeby na obiad zdążyć do króla W górę i w górę i w dół. Księżyc był jasny wieczór pogodny tam i z powrotem… Kot nagle wrzasnął „miał jestem głodny” W górę i w górę i w dół. Wracam do domu gdyż chęć mnie bierze tam i z powrotem… Przekąsić myszką, lub nietoperzem. W górę i w górę i w dół. Hop i po tęczy zjechał na ziemię tam i z powrotem… Teraz już syty na piecu drzemie W górę i w górę i w dół. Wisi sopel pod balkonem, oczy całe ma łezkami wypełnione. Kapią łezki z oczu sopla, biedny sopel o połowę stopniał. Słonce mocno zaświeciło, chudy sopel spod balkonu roztopiło. Zamiast lodu wszędzie woda, Trochę sopla spod balkonu szkoda. Po mieście po mieście o nocnej godzinie Idzie Nocny Marek w nocnej koszulinie W ręku trzyma świeczkę, stąpa na paluszkach Dzieciaki , dzieciaki , uciekać do łóżka. X2 Idzie Nocny Marek przez ciemne ulice Zagląda przez szpary, puka w okiennice Gdy siedzisz sam, wśród czterech ścian i smutek ci doskwiera. Rozmawiasz już od godzin dwóch z ekranem komputera. Posłuchać chciej piosenki tej ,a spełnisz swe marzenia. Zapraszam cię, by przenieść się w świat baśni Andersena. Laj, laj, laj, laj, laj, laj. laj, laj. laj,laj, laj w świat baśni Andersena. Tam z lodu świat północny wiatr wyrzeźbił dla swej pani, A mały Kaj śni, że to raj, i bawi się klockami. Idź Gerdo bo tam znajdziesz go, i spełnisz swe marzenia. Zaproś i nas na jakiś czas W świat baśni Andersena. Laj, laj, laj, laj, laj, laj. laj, laj. laj,laj, laj w świat baśni Andersena. Słowiczy śpiew zapiera dech. Wyciska łzy radości. Słucha go dwór, pochlebców chór, i całe rzesze gości. Ptaszku, czy wiesz, że my cię też słyszymy w swych marzeniach? Więc zaproś nas na jakiś czas w świat baśni Andersena. Laj, laj, laj, laj, laj, laj. laj, laj. laj,laj, laj w świat baśni Andersena. Więc nie siedź sam wśród czterech ścian i nie daj się smutkowi. Komputer weź, wyłącz i cześć rozmowę z nim masz z głowy. Posłuchać chciej piosenki tej, a spełnisz swe marzenia. Zapraszam cię. by przenieść się w świat baśni Andersena Laj, laj, laj, laj, laj, laj. laj, laj. laj,laj, laj w świat baśni Andersena. x2 Gdyby tak wróżką być gdybym czary wszystkie znać. Można wtedy byłoby ludziom dać to czego im brak. Ciągle nam czegoś brak i nie pytaj czemu tak, możesz przecież nawet ty wciąż na lepsze zmieniać świat. Sam potrafisz przecież zmieniać świat Śpiewaj z nami wciąż radośnie tak. Więcej słońca, więcej barw. Więcej kwiatów, więcej radości w nas. Tylko ty siłę masz w twoich dłoniach cały świat. Jeśli chcesz radośnie żyć mocą swoją zmieniaj świat. Uśmiech twój dobry gest może spełnić piękne sny I po chwili cały świat będzie śpiewał tak jak ty. Sam potrafisz przecież zmieniać świat Śpiewaj z nami wciąż radośnie tak. Więcej słońca, więcej barw. Więcej kwiatów, więcej radości w nas. Miał raz tata grata fiata w nim dziurawy bak, Świateł całkiem brak, ach szyby w drobny mak. Tata bawił się w pirata jeździł byle jak, byle jechał stary wrak. 2. Zdarte sprzęgło i opony dobry jeszcze gaz, Więc do dechy gaz ech gazu jeszcze raz. Kierownica ukręcona i hamulców brak, Ale grzeje stary wrak. 3. Tata wrakiem gna zygzakiem, a hamulców brak Kto kieruje tak, ach po co jeździć tak. Na wirażu dodał gazu i do rowu wpadł Drogi tato zły to znak. 4. Przyjechało pogotowie i pożarna straż Cztery wozy aż, ach tato jak się masz. Auto w rowie guz na głowie plastra tylko brak Tata zdrów lecz w proszku wrak. 5. Grata fiata na hol wzięli po co komu wrak Gdy rozbity tak, ach w drzazgi w drobny mak. Na skład złomu zaciągnęli, bo surowców brak Z dobrej stali stary wrak. Mówione : Jeśli chcesz wzbogacić dom grata fiata daj na złom Gdzie przysiadasz, , kiedy wyjdziesz na podwórze? Gdzie pogadać zawsze chciałbyś jak najdłużej? Gdzie najwięcej spotkasz dziewczyn i chłopaków? - No, wiadomo - każdy powie - na trzepaku! Na trzepaku jest wesoło, na trzepaku siada gołąb, czasem wiatr, a czasem deszcz ,wiec wesoło tutaj jest wiec wesoło tutaj jest! Czasem ktoś tu coś wytrzepie - i ma rację. Czasem ktoś uprawia tutaj akrobację, czasem ktoś ci zdradzi swoją tajemnicę, bo na trzepak zawsze przecież można liczyć Wisi sopel pod balkonem, oczy całe ma łezkami wypełnione. Kapią łezki z oczu sopla, biedny sopel o połowę stopniał. Słonce mocno zaświeciło, chudy sopel spod balkonu roztopiło. Zamiast lodu wszędzie woda, Trochę sopla spod balkonu szkoda. Dla ciebie koleżanko kolego ci ludzie, to miejsce, ten czas. Ucz się i pracuj dla dobra wspólnego niech przyszłość dumna będzie z nas. W tej szkole umysł, duszę kształtujesz i co dzień mądrzejszy, piękniejszy. Dostaniesz to czego potrzebujesz tu każdy jest najważniejszy. Człowiek to jest rzecz święta tak uczył nasz patron Żeromski. Te słowa w sercu zachowaj dla brata, dla siostry, dla Polski. Krzywdzić nikogo nie wolno – powtarza dziś szkolny nasz chór. Przesłanie niech każdy pamięta od morza, aż po szczyty gór Klasa 5 Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy. Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy. Marsz, marsz Dąbrowski, z ziemi włoskiej do Polski. Za twoim przewodem złączym się z narodem. Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, będziem Polakami. Dał nam przykład Bonaparte, Jak zwyciężać mamy. Jak Czarniecki do Poznania po szwedzkim zaborze, Dla ojczyzny ratowania wrócim się przez morze. Już tam ojciec do swej Basi mówi zapłakany - Słuchaj jeno, pono nasi biją w tarabany. Jak co dzień rano spać się chce, a wstrętny budzik budzi mnie Śniadanie wcinam, mlekiem popijam, może na lekcji zdrzemnę się Nasz szkolny blues, szkolny blues, nasz szkolny blues szkolny luz Bez przerwy kuję cały dzień, a wszyscy mówią „jesteś leń", A ja potrafię uczyć się sam tysiąc jedynek tylko mam. Gdy czas wf-u zbliża się to aż z rozpaczy płakać się chce, By się nie męczyć mówię, że jest mi niedobrze jest mi źle. I choć problemów tysiąc mam, choć czasem wszystko lepiej wiem uczniem być życie całe chcę i w mojej szkole uczyć się. Lekcji skupienie i ciszę przerywa dzwonka dźwięk Z dzwonka na przerwę się cieszą pilny uczeń i leń. Szkolny dzwonek to taki czarodziej, co czary mary robi nam co dzień. X2 Suma, iloraz, iloczyn, dyktando z literą „ż” Mozół lekcyjny zakończy dzwonka na przerwę brzęk. Nie mamy samochodu, lecz przecież są tramwajeWięc jedźmy na majówkę w niedzielę razem z sie wałówkę, herbatę oraz psa, A tutaj się za nami piosenka jeszcze pcha. Na majówkę, na majówkę,razem z mamą, razem z tatą na gdzie łąka, Tam gdzie las, gdzie nie było jeszcze majówkę, na majówkę,razem z mamą, razem z tatą na wędrówkę. Tam, gdzie łąka, Tam gdzie las,gdzie nie było jeszcze nas, na majówkę, na wędrówkę. Majowy motyl tańczy z biedronką piegowatą,słoneczko tańczy z niebema mama tańczy z goni własny ogon, a ogon goni psa,w zielone - roztańczone piosenka z nami gra. A kiedy słońce mrugnie, że bardzo jest już śpiące,mówimy do widzenia motylom i biedronceWsiadamy do tramwaju, wracamy do em dwa,i znowu na niedzielę piosenka czeka ta: W kołysce Ziemii zasypiamy, przy ciepłym boku taty, mamy. Z wieczornej rosy noc się przędzie, czego nie było, jutro będzie. Kołysz nas, Ziemio, kołysz do snu, Otul w obłoki, chmury, mgiełki. Chcemy odpocząć po długim dniu. Rozwieś nad nami gwiazd supełki. Kołysz nas, Ziemio, na dobry sen, zamień gwar świata w szelest .łąki. Niech nas obudzi, gdy wstanie dzień, jasne, pogodne słońce. Zanim pogasną w oknach światła, niech się rozplącze, co się gmatwa. Zanim się noc ze świtem minie, wszystko co było, niech odpłynie. Słońce przygrzewa, wietrzyk powiewa jakiej to pory czas? Pączki w zaroślach mówią, że wiosna idzie od pól przez las. Hej, wiosno, hej! Hej, wiosno, hej! Już... pączki w zaroślach mówią, że wiosna idzie od pól przez las Dziś na boisku krzyki i piski, drużyna w piłką gra. Kto- strzelił gola? Tomek, czy Olaf? Czy ten wiosenny wiatr? Hej, wiosno, hej! Hej, wiosno, hej! Mów... Kto strzelił gola? Tomek, czy Olaf? Czy ten wiosenny wiatr? Kwitną na łące kwiaty pachnące obok zielonych traw, niosą ich pyłek barwne motyle i staw już pełen żab. Hej, wiosno, hej! Hej, wiosno, hej! Spójrz Niosą ich pyłek barwne motyle i staw już pełen żab. Biała dama, sroga zima, białym puchem świat okryła, zamieniła wodę w sople, błyszczą w słońcu srebrne krople. Płatki śniegu tańczą lekko, opadają cicho, miękko, drzewa mają czapy białe i puszyste, śnieżne szale. Biała dama, sroga zima, śniegiem ziemię otuliła. Sroga zima, biała dama, mrozem straszy nas od rana. Sroga zima, biała dama, mrozem straszy nas od rana, ale mróz to nie przeszkoda, by z kuligiem gnać przez pola. Ciepłe buty, czapka, szalik, można się na śniegu bawić. Sanki, łyżwy oraz narty rozgrzewają nie na żarty Już odeszła złota jesień tęczą barw promiennych Liście wiatr z gałęzi zrzucił rozproszył po ziemi Deszcz strugami w szyby dzwoni zimę zapowiada Świat zmęczony już jesienią do snu się układa. Białe chmury wiatr goni po niebie, Pani Zima sypie z góry śniegiem Mróz na szybach kwiaty wymalował, sople lodu ziemi podarował. Białym puchem zasypany zasnął świat zmęczony Ptaki kluczem odleciały w świata cztery strony Noc okrywa ciemnym płaszczem pola wybielone, Księżyc śpiewa kołysanki o pannie śniegowej. O, radości, iskro bogów, kwiecie elizejskich pól święta, na twym świętym progu staje nasz natchniony chór Jasność twoja wszystko zaćmi, złączy, co rozdzielił los, wszyscy ludzie będą braćmi tam, gdzie twój przemówi głos. 2, Patrz, patrz, wielkie słońce światłem biegnie, sypiąc złote skry, jak zwycięzca i bohater biegnij bracie tak i ty. Radość tryska z piersi ziemi, radość pije cały świat, dziś wchodzimy, wstępujemy na radości złoty ślad. Ona w sercu, w zbożu, w śpiewie, ona w splocie ludzkich rąk, z niej najlichrzy robak czerpie, w niej największy nieba krąg. Wstańcie, ludzie, wstańcie wszędzie, ja nowinę niosę wam: na gwiaździstym firmamencie bliska radość błyszczy nam. Znów pusty dom nie wiem gdzie wszyscy są Znów pobiegli do swych ważnych spraw Inny ktoś ma siostrę brata czy psa A ja tylko marzenia mam Gdy ładny sen wcale nie śpieszy się Aby coś ciekawego mi śnić Wtedy z najdalszych stron mrugnie gwiazdka to on Widać tęskni i chce ze mną być E. T.! E. T.! Pamiętaj że ja czekam tu Gdy zjawisz się na statku ze światła i chmur E. T.! E. T.! Wróć! Spójrz na ziemię słoneczną za dnia A ta mała kropeczka to ja To nic że masz trochę mniej ładną twarz Mnie się bardzo podobasz i już A gdybyś też nie miał gdzie podziać się To miejsce koło mnie jest tuż Ty jesteś wiem już nie bajką nie snem Ale jesteś prawdziwy jak ja Obiecuję ci że nikt już nie skrzywdzi cię Tylko przyleć jak szybko się da Dziś nad ranem w radio usłyszałem Jakiś utwór- Mozart, Haendel, Brahms albo Bach i przez niego prawie zwariowałem Bo mnie dopadł i omotał, jak jakiś czart Próbowałem z myśli go wyrzucić i lecz chodził za mną jak cień W szkole, w sklepie, na peronie W windzie, w kuchni, na balkonie Miałem w biednej głowie całą filharmonię Byłem już bez sił więc się poddałem Wygrał ze mną Mozart. Haendel, Brahms albo Bach I w zeszycie nuty zapisałem Zaraz siądę do pianina i będę grał A za lasem wołki moje, za lasem, a mam ci ja fujareczkę za pasem A wyjmę ja fujareczkę zza pasa, (zza pasa) wyjdą, wyjdą wołki moje zza lasa, (zza lasa) A schowam ja fujareczkę kochaną, a staną ci moje wołki, a staną. A zaczekam z fujareczką tą moją,(tą moją), aż się wołki ze strumienia napoją, (napoją). A wyjmę ja fujareczkę - będę grać, a będą się moje wołki do dom brać. Jak ja na mej fujareczce zagraję,(zagraje) usłyszą mnie moje wołki o staje (o staje) O białych świętach wciąż marzę,bo w mej pamięci ciągle mammigocących bombek srebrzyste twarze imagiczne dzwonki śnieżnych białych świętach wciąż marzę, bo w mej pamięci ciągle mam migocących światełek czar oraz stukot rozpędzonych białych świętach wciąż marzę,kiedy świąteczne kartki tobie szczęścia i miłych wrażeń gdyŚwięty Mikołaj zjawi białych świętach wciąż marzę,kiedy świąteczne kartki się spełnią marzenia mei bielutkie będą święta te. Czarne wrony czarno kraczą, w czarnych barwach widzą świat I na próżno im tłumaczą mądrzy ludzie już od lat: . Zamiast krakać, weźcie pędzel, przemalujcie, co się da Czarnych barw nie chcemy więcej, każdy w kolor gra! Czarne przegrywa, kolor wygrywa, w kolory grajmy dziś, W jabłka z jabłonek, w skrzydła biedronek, w każdy zielony liść! I jeszcze w te zboża znad Wisły, i Odry, i w słońce, co mówi nam: „Dzień dobry, dzień dobry, dzień dobry, dzień dobry!" W słońce nad głową, w różę różową, w malwy wysoki kwiat, W srebro wieczorów, w tysiąc kolorów, w jasny, wesoły świat! Czarne barwy mamy z głowy, nie będziemy w czarne grać, Może tylko zostawimy czarnych jagód pełną garść, Siedem kropek na biedronkach i na nosie piegi trzy, A poza tym wykluczamy czarny kolor z gry! Gdybym ja był krokodylem, nie chciałbym mieszkać gdzieś nad Nilem. Wolałbym leżeć na kanapie, patrzeć jak łza za łzą mi kapie. Krokodyl, krokodyl blues. Leży krokodyl na kanapie z nosa mu kapie, z oczu kapie, chustkę do nosa trzyma w łapie, krokodyl blues Leży krokodyl na kanapie na błękitno-czarnej kapie, płacze i płacze, przez nos sapie, krokodyl blues Taki już psi los krokodyla do płaczu dobra każda chwila kiedy nad Nilem się pochyla krokodyl blues W maleńkim domku mieszka Królewna Śmieszka Czy ściemnia się, czy dnieje, królewna wciąż się śmieje. I słychać hi hi cha. I słychać hi hi cha cha cha cha hi hi hi hi hi hi cha I słychać hi hi cha, i słychać hi hi cha, i słychać hi hi cha, i słychać hi hi cha I słychać hi hi hi hi hi hi cha. Ze śmiechu aż się dusi, lecz śmiać się musi I w którejś życia wiośnie, skończy bardzo żałośnie Bo rzecz to całkiem pewna, pęknie ze śmiechu królewna cha cha hi hi hi hi hi hi cha Był sobie Pan Sikorek miał domek istny cud Zabawek cały worek i lody w każdy wtorek Lecz biedny Pan Sikorek miał tylko jeden but Na trąbie grywał starej i z mleczy wianki plótł. I złoty miał zegarek i w wannie rybek parę, Lecz biedny pan Sikorek miał tylko jeden but W lodówce miał pingwina co bardzo lubił lód I krem na podwieczorek i łódkę na motorek Lecz biedny pan Sikorek miał tylko jeden but Aż dobra ciocia Klocia wybrawszy się do wód Kupiła mu w prezencie parasol, swoje zdjęcie I piękny nowy but - swój nowy but! Założył pan Sikorek i nosił go jak cud. I nosił go w niedzielę, lecz zgubił go we wtorek I znowu pan Sikorek ma tylko jeden but. Uciekło sikorce pióreczko , niebieskie z czarniutką kropeczką. Wysoko latało, niziutko spadało, ho-ho-ho, ho-ho-ho, ho-ho-ho, ho-ho-ho! Niebieskie pióreczko! Latała sikorka w kółeczko , ścigała niebieskie pióreczko Porwał ci je dudek, wetknął sobie w czubek Za górką za laskiem, nad rzeczką uciekło dudkowi pióreczko. Na wodę sfrunęło do morza płynęło Płynęło niebieską łódeczką do morza sikorki pióreczko. Złowiły je dzieci koło mostu w sieci, Chociaż każdy z nas jest młody, Lecz go starym wilkiem zwą,Strażnikami polskiej wody, Marynarze polscy są. Morze, nasze morze, będziem ciebie wiernie rozkaz cię utrzymaćAlbo na dnie,na dnie twoim ledz , albo na dnie z honorem ledz z honorem ledz, z honorem ledz. Żadna siła, żadna burza Nie odbierze Gdańska flota, choć nieduża, Wiernie strzeże portów bram. Klasa 6 Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy. Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy. Marsz, marsz Dąbrowski, z ziemi włoskiej do Polski. Za twoim przewodem złączym się z narodem. Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, będziem Polakami. Dał nam przykład Bonaparte, Jak zwyciężać mamy. Jak Czarniecki do Poznania po szwedzkim zaborze, Dla ojczyzny ratowania wrócim się przez morze. Już tam ojciec do swej Basi mówi zapłakany - Słuchaj jeno, pono nasi biją w tarabany. Chcesz wiedzieć, skąd ten świat, z jakich gwiazd tu spadł Skąd się wziął księżyc, ja i kwiat? Wciąż pytasz mnie, a ja nie wiem prawie nic może tylko tyle, że tak pięknie żyć. Pięknie żyć - znaczy kochać świat Pięknie żyć, tak jak żyje ptak Pięknie żyć, tańczyć tak. jak wiatr, A Ziemi życzyć naj... jak najdłuższych lat. Chcesz znaleźć skarb i śnić najwspanialsze sny. Gdzie i jak - ty podpowiesz mi. Jawa jak sen, jak baśń, czarodziejska nić. Jeśli mi uwierzysz, że tak pięknie żyć. Chcesz wiedzieć, gdzie twój śmiech, kiedy smutno ci. Gdzie ten klucz do zagadek drzwi? Masz serce tak, jak ja, czujesz jego rytm. Serce podpowiada, że tak pięknie żyć. Jutro popłyniemy daleko, jeszcze dalej niż te obłoki, pokłonimy się nowym brzegom, odkryjemy nowe zatoki; nowe ryby znajdziemy w jeziorach, nowe gwiazdy złowimy na niebie, popłyniemy daleko, daleko, jak najdalej, najdalej przed siebie. Jutro popłyniemy daleko... Starym borom nowe damy imię, nowe ptaki znajdziemy i wody, posłuchamy, jak bije olbrzymie, zielone serce przyrody. Jutro popłyniemy daleko... Blask tego dnia zna ten, kto choć raz świętował i w pamięci schował go - stół zdobi tort, wszyscy kryją coś, co niespodzianką zawsze zwą... W tym dniu masz chęć tak jak król poczuć się, bo wzbudzasz wciąż ciekawość jak nowy gość, co rok takie święto, co roku każda z chwil promienieje światłem, które nawet z dala lśni... Obchodzisz w nim swe urodziny, wtedy kończysz ileś lat, to dzień, na który czekasz niecierpliwie tak, obchodzisz w nim swe urodziny, wtedy tańczy cały świat i świeczki na torcie pochylają się też równo w takt... Nim zdmuchniesz je, wierz, że moc w nich jest, dlatego o życzeniu pomyśl wpierw – weź głębszy wdech, zgasisz jednym tchem i twe marzenie spełni się... Tak blisko już, już tuż, tuż prezent twój, być może ta jedyna rzecz, sekret świec, znów "sto lat" słychać zewsząd, sto słodkich, pięknych chwil przekazują kartki poświęcone tobie dziś... Było szaro buro buro szaro burobyło smutno bardzo smutno i ponuro a tu nagle ale heca ale heca idzie zima worek śniegu ma na plecach Leci śnieg z dziurawego worka leci Leci śnieg na dorosłych i na dzieci leci śnieg a ze śniegiem do tej zimy lecą rymy takie białe jak ten śnieg A co z zimą się rymuje ? Nausznikiciepłe czapki narty łyżwy i szalikisnowboardzista który „rymną” na tym śniegu i wygrzebał białe rymy dla kolegów A jak powie z jedną panią druga pani że te rymy wasze rymy są do bani absolutnie absolutnie się nie trapcie tylko rymy do tej zimy prędko łapcie Znowu minął rok znów za oknem pada śnieg, Blask choinki w domu lśni, bo świąteczne idą dni. Kolędnicy już odwiedzają każdy dom, dzwonią sanie pośród zasp, bo kolędy nadszedł czas. Wigilia, przystrojony biało stół zaprasza siądź z nami wraz gościu nasz. Opłatek weź i z nami dziel, Bo dzisiaj radość gości w nas. Świece płoną już najjaśniejsza świeci z gwiazd Do wieczerzy siądźmy wraz, cicha noc otuli nas. Znowu minął rok, kolędników słychać śpiew Trzej królowie drogą mkną do Betlejem spieszą się. nadszedł koniec już, słońce za górami zachodzi Ucichły śpiewy wierzb i brzóz, kroplami gwiazd już wieczór nadchodzi. To ostatni już dzień wakacyjnych podróży, spakuj plecak i idź niech ci słońce powróży Zabierz uśmiech z traw i lasów ten ostatni raz Wakacyjny czas się skończył przyszedł zwykły czas W schronisku zapomnianym od lat, raz jeszcze usiądźmy wygodnie Wspomnienia zabierze sobie wiatr i do snu ukołysze łagodnie. Przyjacielu jeszcze mamy czas, żar ogniska jeszcze płonie Jeszcze niech nas gości las, ogrzejmy zmarznięte nocą dłonie. Z młodej piersi się wyrwało, w wielkim bólu i rozterce. I za wojskiem poleciało, zakochane czyjeś serce. Żołnierz drogą maszerował. Nad serduszkiem się użalił, więc je do plecaka schował i pomaszerował dalej. Tę piosenkę tę jedyną śpiewam dla ciebie, dziewczyno. Może także jest w rozterce zakochane czyjeś serce może potajemnie kochasz i po nocach tęsknisz, szlochasz. Tę piosenkę, tę jedyną śpiewam dla ciebie, dziewczyno. Poszedł żołnierz na wojenkę poprzez góry, lasy, pola, i ze śmiercią szedł pod rękę, taka jest żołnierska dola. I choć go trapiły wielce kule, gdy szedł do ataku, żołnierz śmiał się, bo w plecaku miał w zapasie drugie serce. Wczoraj widziałem babie lato, wiatr je przyganiał w moją stronę, bielutką, cienką nić skrzydlatą, brałem ją w dłonie. Jesień już, już jesień blisko, jesień już, już jesień blisko W popiele piekły się ziemniaki, dymy szły boso przez Ścierniska, i nagle się poczułem ptakiem, już jesień bliska. Wczoraj widziałem babie lato, Było jak mały jasny płomień I przypomniało wszystkim ptakom, Że pora w drogę Zimno tak, że aż strach, jakże rozgrzać się, korowody chłodnych myśli oziębiają mnie Nie pomaga łyk herbaty, ani ciepły szal, urojone z sopli kraty jak roztopić mam. Piosenka na rozgrzanie, na rozgrzanie serc. Rozgrzewa mnie takie granie jak w domu ciepły piec. W przytulnym cieple nutek, w przytulnym cieple pauz, z zimnego jak lód serca wypłynie czasem łza. Jak dziewczynka z zapałkami chcę szczęścia miłości, nie rozgrzeję się słowami tymi co ze złości. Nie rozbawią mnie pajace co na sznurkach skaczą, mimo że jest nam tak zimno dobrze dziś pajacom. Dla wszystkich dzieci z całego świata zbudujmy gmach. Taki co będzie w powietrzu latał, miał szklany dach. Hej chodźcie wszyscy z nami pod rękę z marzeniami Precz smutki i zmartwienia bo świat się lubi zmieniać. Hej chodźcie już jest czas przyjaźni stawiać gmach Już czas. Z kranów polecą mydlane bańki w kolorach stu. Niech śpiew dociera do innych planet i wraca znów. Zamieszka radość obok fantazji może drzwi w drzwi. Niech z wszystkich okien płyną uśmiechy niech śnią się sny. Kiedy nadejdzie czas wabi nas ognia blask Na polanie gdzie króluje zły. Gwiezdny pył w ogniu tym łzy wyciśnie nam dym Tańczą iskry z gwiazdami, a my… Śpiewajmy wszyscy w ten radosny czas, śpiewajmy razem ilu jest tu nas Choć lata młode szybko płyną wiemy, że nie starzejemy się. W lesie gdzie licho śpi ma przygoda swe drzwi, Chodźmy tam, gdzie na ścianie lasu lśnią: Oczy sów, wilcze kły, rykiem powietrze drży, tylko gwiazdy przyjazne dziś są. Dorzuć do ognia drew w górę niech płynie śpiew Wiatr poniesie go w wilgotny świat. Każdy z nas o tym wie znowu spotkamy się, A połączy nas bieszczadzki trakt Kiedy pada za oknami srebrny deszcz Siedzę w domu całkiem sama i ty o tym dobrze wiesz Mówisz do mnie przez słuchawkę pełną łez Kiedy wreszcie, kiedy wreszcie skończy się ten deszcz. Wiej wietrzyku wiej, dobrze słychać cię Jak przynosisz nam srebrne krople te. Kiedy słonko nam rozjaśni taki dzień To wyjdziemy z domu sami zaśpiewamy słonku tak Wiej wietrzyku, świeć słoneczko śpiewaj nam A my tańczmy, a my tańczmy w ten tęczowy dzień. Już za parę dni, za dni parę weźmiesz plecak swój i gitarę, Pożegnania kilka słów, Pitagoras, bądźcie zdrów, Do widzenia wam canto cantare! Lato, lato, lato czeka, razem z latem czeka rzeka, Razem z rzeką czeka las, a tam ciągle nie ma nas. Lato, lato nie płacz czasem, czekaj z rzeką, czekaj z lasem, W lesie schowaj dla nas chłodny cień, przyjedziemy lada dzień. Już za parę dni, za dni parę... Lato, lato mieszka w drzewach, lato, lato w ptakach śpiewa, Słońcu każe odkryć twarz, lato, lato, jak się masz? Lato, lato, dam ci różę, lato, lato, zostań dłużej, Zamiast się po krajach włóczyć stu, lato, lato, zostań tu! Jak kolorowych uśmiechów blask, wciąż powraca mi na myśl tak Tak gorące i pełne marzeń lato w szumie fal. Promień słońca i wody szum, zieleń lasów, do rzeki skok, Przemoknięte buty tak i przed burzą w nocy strach. Tak chciałbym, by wróciło znów choć na krótki czas By ciepłem swoim osłoniło nas. Lato, lato , kolorowe lato, lato , lato co ty na to, lato przyjdź uśmiechnij się Jak co dzień rano spać się chce, a wstrętny budzik budzi cię. Jak torpeda się ubierasz i pędzisz do szkoły znów. Minęła lekcja może już dwie znowu jedynka chcesz, czy nie. Zamykasz oczy i śpiąc na lekcji lato widzisz w snach – ach Tak chciałbym, by wróciło znów choć na krótki czas By ciepłem swoim osłoniło nas. Lato, lato , kolorowe lato, lato , lato co ty na to, lato przyjdź uśmiechnij się Nie strącaj jeszcze z drzewa liści W tych liściach najładniejsze dłonie. Popielą oczy przetykane, jakby w gałęziach rozproszone Daj korze mruczeć na brązowo I niech dziuplami sennie ziewa Może jej jesień przed północą Przyniesie do snu trochę nieba. Nie strącaj jeszcze z drzewa liści W tych liściach oczy masz wrześniowe. A ja marzenia jesienno- głupie I rudą w słońcu głupią głowę. Cały tydzień, to wiedzy pełna głowa, już od ósmej wytężam siły swe, liczby, zdania, trójkąty, mądre słowa, różnych zadań do piątku uczę się. Ale kiedy sobota się zbliża, wciąż mi na myśl przychodzi pomysł ten, aby plecak spakować, na wędrówkę maszerować i z przyrodą raz jeszcze spotkać się. W poniedziałek jak zwykle po niedzieli, wielka praca, oj, ciężki ucznia los, tak się uczę, że w kinie nie widzieli w piątek nawet mi już wysiada głos. Choć pomylisz czasem wzór, choć napiszesz kilka bzdurZa to notę niską masz, nie łam się i rozchmurz twarz. Nie łam się, przyjdą dnie, gdy nie będzie już tak źle Chociaż gola puścisz znów, wysłuchując przykrych słów. Choć pod ziemię chcesz się skryć, nie łam się, to nie da nic, Nie łam się, przyjdą dnie, gdy nie będzie już tak źle A gdy w domu ojciec zły i uwagi robi ci,Gdy brat idzie za nim w ślad, nie łam się, wysłuchaj łam się, przyjdą dnie, gdy nie będzie już tak źle Gdy zajęcia masz z wf, o pierwszeństwo walcz jak lew I o wygląd zadbaj swój, nie łam się, lecz prosto stój. Nie łam się, przyjdą dnie, gdy nie będzie już tak źle Powiało wiatrem od Łysicy, polało deszczem z drugiej strony i chociaż tak ponuro na ulicy, nie powiesz chyba żeś zmęczony. Na górskich szlakach bez kompasu, gdzie nogi same nas poniosą znów się spotkamy i wystarczy czasu na pogaduszki późną nocą. Przy ognisku długo baj, baj, baj, jeszcze do północy mamy sporo czasu, przy ognisku przecież naj, naj, naj, najcudowniej bije serce lasu. Nie warto kilometrów liczyć, bo czasem można iść na skróty, a gdy potrzeba, to ci ktoś pożyczy od twoich mniej dziurawe buty. Na górskich szlakach bez kompasu, gdzie nogi same nas poniosą znów się spotkamy i wystarczy czasu na pogaduszki późną nocą. Klasa 7 Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy. Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy. Marsz, marsz Dąbrowski, z ziemi włoskiej do Polski. Za twoim przewodem złączym się z narodem. Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, będziem Polakami. Dał nam przykład Bonaparte, Jak zwyciężać mamy. Jak Czarniecki do Poznania po szwedzkim zaborze, Dla ojczyzny ratowania wrócim się przez morze. Już tam ojciec do swej Basi mówi zapłakany - Słuchaj jeno, pono nasi biją w tarabany. Lato z ptakami odchodzi Wiatr skręca liście w warkocze. Dywanem pokrywa szlaki Szkarłaty wiesza na zboczach Przyobleka myśli w kolory, W liści złoto, buków purpurę... Palę w ogniu letnie wspomnienia Idę wymachując kosturem. Idę w góry cieszyć się życiem Oddać dłoniom halnego włosy, W szelest liści wsłuchać się pragnę, W odlatujących ptaków głosy. Słony smak czuję w ustach, Dzień spracowany ucieka, Anioł zapala gwiazdy, Oświetla drogę człowieka. Już niedługo rozpalę ogień, Na rozległej, górskiej polanie. Już niedługo szałas przytulny, Wśród dostojnych buków powstanie. Mówią o mnie w mieście “co z niego za typ, wciąż chodzi pijany, pewno nie wie co to wstyd, Brudny niedomytek w stajni ciągle śpi, czego szukasz w naszym mieście, idź do diabła” mówią ludzie, ludzie pełni cnót, ludzie pełni cnót. Chciałem kiedyś zmądrzeć i po ich stronie być. Spać w czystej pościeli i świeże mleko pić. Ja naprawdę chciałem zmądrzeć i po ich stronie być, pomyślałem więc o żonie, aby stać się jednym z ludzi, stać się jednym z nich, stać się jednym z nich. Miałem na oku hacjendę wspaniałą mówię wam, lecz nie chciała w niej zamieszkać żadna z pięknych dam. Wszystkie śmiały się wołając, wołając za mną wciąż: “ Bardzo ładny frak masz Billy, ale kiepski byłby z ciebie, kiepski byłby mąż, kiepski byłby mąż.” Whisky moja żono, jednak tyś najlepszą z dam. Już mnie nie opuścisz, nie nie będę sam. Mówią whisky to nie wszystko, można bez niej żyć, lecz nie wiedzą o tym ludzie, że najgorzej w życiu to, to samotnym być, to samotnym być. Skąd przychodził, kto go znał Kto mu rękę podał kiedy Nad rowem siadał, wyjmował chleb Serem przekładał i dzielił się z psem Tyle wszystkiego, co z sobą miał Majster Bieda Czapkę z głowy ściągał, gdy Wiatr gałęzie chylił drzewom Śmiał się do słońca i śpiewał do gwiazd Drogę bez końca co przed nim szła Znał jak pięć palców, jak szeląg zły Majster Bieda Nikt nie pytał skąd się wziął Gdy do ognia się przysiadał Wtulał się w krąg ciepła jak w kożuch Znużony drogą wędrowiec boży Zasypiał długo gapiąc się w noc Majster Bieda Aż nastąpił taki rok Smutny rok, tak widać trzeba Nie przyszedł Bieda zieloną wiosną Miejsce, gdzie siadał, zielskiem zarosło I choć niejeden wytężał wzrok Choć lato pustym gościńcem przeszło Z rudymi liśćmi jesieni schedą Wiatrem niesiony popłynął w przeszłość /x3 Majster Bieda Gdyby tak ktoś przyszedł i powiedział: - Stary, czy masz czas? Potrzebuję do załogi jakąś nową twarz. Amazonka, Wielka Rafa, oceany trzy. Rejs na całość, rok, dwa lata - to powiedziałbym: Gdzie ta keja, a przy niej ten jacht? Gdzie ta koja wymarzona w snach? Gdzie te wszystkie sznurki od tych szmat? Gdzie ta brama na szeroki świat? Gdzie ta keja, a przy niej ten jacht? Gdzie ta koja wymarzona w snach? W każdej chwili płynę w taki rejs! Tylko gdzie to jest? gdzie to jest? Gdzieś na dnie wielkiej szafy leży ostry nóż. Stare jeansy wystrzępione impregnuje kurz, W kompasie igła zardzewiała, lecz kierunek znam. Biorę wór na plecy i przed siebie gnam. Przeszły lata zapyziałe, rzęsą porósł staw A na przystani czółno stało - kolorowy paw. Zaokrągliły się marzenia, wyjałowiał step. Lecz ciągle marzy o załodze ten samotny łeb. w dolinach wstaje mgłą wilgotny dzień, Szczyty ogniem płoną, stoki kryje cień, Mokre rosą trawy wypatrują dnia, Ciepła, które pierwszy słońca promień da. Ref. Cicho potok gada, gwarzy pośród skał O tym deszczu, co z chmury trochę wody dał, Świerki zapatrzone w horyzontu kres Głowy pragną wysoko jak najwyżej wznieść Tęczą kwiatów barwny połoniny łan, Słońcem wypełniony jagodowy dzban, Pachnie świeżym sianem pokos pysznych traw, Owiec dzwoneczkami cisza niebu gra. Serenadą świerszczy, kaskadami gwiazd Noc w zadumie kroczy mroku ścieląc płaszcz, Wielkim Wozem księżyc rusza na swój szlak, Pozłocistym sierpem gasi lampy dnia. Tak niedługo miało przyjść, potem długo miało być, wymarzone, wyczekane, wyśpiewane. Kiedy nadszedł wreszcie ten, wytęskniony pierwszy dzień nie wiedziałem jeszcze jaki będzie dalej. Siedem minut spóźnił się pociąg, który przywiózł mnie, a gdy namiot wreszcie stanął nad jeziorem, zrozumiałem wtedy, że coś mnie gryzie, coś mnie je, nie zważając na pogodę i na wolę. To było lato, z komarami, lato swędzące bez przerwy, lato z owadami, lato, komary i nerwy. Miał być spokój miał być czas, śpimy razem pierwszy raz na wakacjach pod namiotem, całkiem sami. Ważne przejścia miały być nasze noce, nasze dni, zagubione gdzieś pomiędzy jeziorami, a tu witamina B”Owadosol” itd., a gdy walka wkrótce stała się koszmarem, gdy zwijałem namiot swój, obok mnie komarów rój, pobzykiwał turystyczne pieśni stare. On natchniony i młody był ich nie policzyłby nikt, on dodawał im pieśnią sił, śpiewał, że blisko już świt. Świec tysiące palili mu. Znad głów unosił się dym, Śpiewał, że czas by runął mur Oni śpiewali wraz z nim. Wyrwij murom zęby krat, zerwij kajdany połam bat A mury runą, runą, runą i pogrzebią stary świat. Wkrótce na pamięć znali pieśń i sama melodia bez słów Niosła ze sobą starą treść. Dreszcze na wskroś serc i głów Śpiewali wiec, klaskali w rytm. Jak wystrzał poklask ich brzmiał l ciążył łańcuch i zwlekał świt, On wciąż śpiewał i grał. Aż zobaczyli ilu ich poczuli siłę i czas i z pieśnią, że już blisko ulicami miast. Zwalali pomniki i rwali bruk, kto z nami, kto przeciw nam Kto sam to nasz największy wróg A śpiewak także był sam.. Patrzył na równy tłumów marsz, milczał wsłuchany w kroków huk A mury rosły, rosły, rosły łańcuch kołysał się u nóg. Z wielu pieców się jadło chleb, bo od lat przyglądam się światu. Nieraz rano zabolał łeb i mówili zmiana klimatu Czasem trafił się wielki raut, albo feta proletariatu, czasem w podróż najlepszym z aut, częściej szare drogi powiatu Ale to już było i nie wróci więcej i choć tyle się zdarzyło to do przodu wciąż wyrywa głupie serce. Ale to już było znikło gdzieś za nami, choć w papierach lat przybyło to naprawdę wciąż jesteśmy tacy sami. Na regale kolekcja płyt i wywiadów pełne gazety za oknami kolejny świt i w sypialni dzieci oddechy. One lecą drogą do gwiazd przez niebieski ocean nieba, ale przecież za jakiś czas będą mogły sobie zaśpiewać Tajemny akord kiedyś brzmiał Pan cieszył się gdy Dawid grał Ale muzyki dziś tak nikt nie czuje... Kwarta i kwinta- tak to szło raz wyżej w dur raz niżej w moll Nieszczęsny król ułożył- alleluja... Alleluja, alleluja... alleluja, alleluja... Na wiarę nic nie chciałeś brać Lecz sprawił to księżyca blask Że piękność jej na zawsze cię podbiła... Kuchenne krzesło tronem twym ostrzygła cię już nie masz sił I z gardła ci wydarła- Alleluja... Dlaczego mi zarzucasz wciąż , że nadaremno wzywam go Ja przecież nawet nie znam go z imienia... Jest w każdym słowie światła błysk nieważne czy usłyszysz dziś Najświętsze czy nieczyste- alleluja Tak się starałem ale cóż dotykam tylko zamiast czuć Lecz mówię prawdę nie chce was oszukać... I chociaż wszystko poszło źle przed Panem Pieśni stawię się Na ustach mając tylko- alleluja Długośmy na ten dzień czekali Z nadzieją niecierpliwą w duszyKiedy bez słów towarzysz Stalin Na mapie fajką strzałki ruszyKrzyk jeden pomknął wzdłuż granicy I zanim zmilkł zagrzmiały działaTo w bój z szybkością nawałnicy Armia Czerwona wyruszałaA cóż to za historia nowa? Zdumiona spyta EuropaJak to? - To chłopcy Mołotowa I sojusznicy RibentroppaZwycięstw się szlak ich serią znaczył Sztandar wolności okrył chwałąGłowami polskich posiadaczy Brukują Ukrainę całąPada Podole, w hołdach Wołyń Lud pieśnią wita ustrój nowyPłoną majątki i kościoły I Chrystus z kulą w tyle głowyNad polem bitwy dłonie wzniosą We wspólną pięść, co dech zapieraNieprzeliczone dzieci Soso Niezwyciężony miot HitleraJuż starty z map wersalski bękart Już wolny Żyd i BiałorusinJuż nigdy więcej polska ręka Ich do niczego nie przymusiNową im wolność głosi "Prawda„ Świat cały wieść obiega w lotŻe jeden odtąd łączy sztandar Gwiazdę, sierp, Hackenkreuz i młotTych dni historia nie zapomni Gdy stary ląd w zdumieniu zastygłI święcić będą wam potomni Po pierwszym września - siedemnasty Idzie diabeł ścieżką krzywą pełen myśli złychNie pożyczył mu na piwo, nie pożyczył pali go od rana, wiatr gorący dmucha,Diabeł się z pragnienia słania w ten piekielny upał... Idzie anioł wśród zieleni, dobrze mu się drobnych ma w kieszeni i przyjaciół wszędzie...Nagle przystanęli obaj na drodze pod że im browar wyszedł naprzeciwko... Piwa nalejcie piwa dobrego piwa ze starej beczki od barmana Kiwa się głowa kiwa od tego piwa ze starej beczkiNie ma szczęścia na tym świecie, ni sprawiedliwości:Anioł pije piwko trzecie, diabeł mu zazdrości...Postaw kufel, rzecze diabeł, Bóg ci wynagrodzi,My artyści w taki upał żyć musimy w zgodzie... Na to anioł zatrzepotał skrzydeł pióropuszemI powiada: Dam ci dychę w zamian za twą duszę...Musiał diabeł aniołowi swoją duszę sprzedaćI stworzyli sobie piekło z odrobiną nieba.. Tam dokąd chciałem już nie dojdę Szkoda zdzierać nógJuż wędrówki naszej wspólnej Nadchodzi kresWy pójdziecie inną drogą Zostawcie mnieOdejdziecie sam zostanę Na rozstaju dróg Hej przyjaciele zostańcie ze mnąPrzecież wszystko to co miałem Oddałem wamHej przyjaciele choć chwilę jednąZnów w życiu mi nie wyszło Znowu będę sam Znów spóźniłem się na pociąg I odjechał jużTylko jego mglisty koniec Zamajaczył miStoję smutny na peronie Z tą walizką jednąTak jak człowiek który zgubił Do domu swego klucz. Tam dokąd chciałem już nie dojdę Szkoda zdzierać nóg Już wędrówki naszej wspólnej Nadchodzi kres Wy pójdziecie inną drogą,Zostawicie mnie, Zamazanych drogowskazów Nie odczytam już. A jeśli dom będę miał, to będzie bukowy koniecznie, Pachnący i słoneczny wieczorem usiądę wiatr gra, A zegar na ścianie gwarzy dobrze się idzie panie zegarze, Tik tak, tik tak, tik tak. Świeca skwierczy i mruga przewrotnie, Więc puszczam oko do niej, dobry humor dziś pani ma dobry humor dziś pani ma Szukam, szukania mi trzeba domu gitarą i piórem, A góry nade mną jak niebo, a niebo nade mną jak góry. Gdy głosy usłyszę u drzwi czyjekolwiek, wejdźcie, poproszęJestem zbieraczem głosów, a dom mój bardzo lubi, gdyŚmiech ściany mu rozjaśnia i gędźby lubi, i pieśni,Wpadnijcie na parę chwil kiedy los was zawiedzie w te strony,Bo dom mój otworem stoi dla takich jak wy, dla takich jak wy Zaproszę dzień i noc, zaproszę cztery wszystkich drzwi otwarte, ktoś poda pierwszy ton,Zagramy na góry koncert. buków porą pachnącąNasiąkną ściany grą, a zmęczonym wędrownikomOdpocząć pozwolą muzyką, bo taki będzie mój dom, bo taki będzie mój dom, bo taki będzie mój dom Wyczaruję ci bajkę z trawy, nieba, ruczaju, zaprowadzę cię w ciszę przycupniętą na skraju. Wyczaruję ci bajkę z samej ciszy utkaną, złotogłowiem dobroci przystrojoną, bo dziś: Na skraju bajki, na skraju snu przysiadła cisza i drzemie tu; uciekły w ciszę niebo i las zapadły w ciszę przestrzeń i czas. Otoczył spokój bajkę i sen, malując wokół obrazek ten. Na skraju bajki, na skraju snu, przysiadła cisza i drzemie tu. Wyczaruję ci bajkę, która będzie marzeniem ukojenia, spokoju wyciszonym spełnieniem, wyczaruję ci bajkę z trawy, nieba, ruczaju; zaprowadzę cię w ciszę przycupniętą gdzieś tu. Zrozum to, co powiem Spróbuj to zrozumieć dobrzeJak życzenia najlepsze te urodzinowe albo noworoczne jeszcze lepsze możeO północy, gdy składane Drżącym głosem, niekłamaneZ nim będziesz szczęśliwszaDużo szczęśliwsza będziesz z nimJa cóż - włóczęga, niespokojny duch Ze mną można tylko Pójść na wrzosowisko I zapomnieć wszystkoJaka epoka, jaki wiek Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień I jaka godzina Kończy się A jaka zaczynaNie myśl, że nie kocham Lub, że tylko trochęJak cię kocham, nie powiem, no bo nie wypowiemTak ogromnie bardzo jeszcze więcej możeI dlatego właśnie żegnaj Zrozum dobrze żegnaj Ze mną można tylko W dali znikać cicho raz przy pełnym takielunku biorę ster i trzymam kurs na wiatr I jest, jak przy pierwszym pocałunku – w ustach sól, gorącej wody smak. O ho, ho, przechyły i przechyły, o ho, ho, za falą fala mknie, O ho, ho, trzymajcie się dziewczyny, ale wiatr, ósemka chyba dmie! Zwrot przez szlag - zaraz zrobię! Słyszę, jak kapitan cicho klnie, Gubię wiatr i zamiast w niego dziobem, to on mnie - od tyłu; kumple w śmiech. ty tam, za burtę wychylony – tu naprawię nie ma co się śmiać. Cicho siedź i lepiej proś Neptuna, żeby coś nie spadło ci na kark. mgły, w tęczowym kropel pyle tańczy jacht, po deskach spływa dzień. Jutro znów wypłynę, bo odkryłem morze, noc, Żeglarską starą pieśń. Gdy wypływał z portu stary bryg, jego losów nie znał wtedy nikt Nikt nie wiedział o tym, że statkiem widmem stanie się stary bryg Hej ho na „umrzyka skrzyni” i butelka rumu. Hej ho resztę czart uczyni i butelka rumu. Co z załogą zrobił stary bryg, tego też nie zgadnie chyba nikt. Czy zostawił w porcie ją, czy na morza dnie? Nikt nie wie gdzie. Przepowiednia zła jest, że ho ho, kto go spotka marny jego los. Ale my nie martwmy się, hej nie martwmy się rum jeszcze jest. Długośmy na ten dzień czekali Z nadzieją niecierpliwą w duszyKiedy bez słów towarzysz Stalin Na mapie fajką strzałki ruszyKrzyk jeden pomknął wzdłuż granicy I zanim zmilkł zagrzmiały działaTo w bój z szybkością nawałnicy Armia Czerwona wyruszałaA cóż to za historia nowa? Zdumiona spyta EuropaJak to? - To chłopcy Mołotowa I sojusznicy RibentroppaZwycięstw się szlak ich serią znaczył Sztandar wolności okrył chwałąGłowami polskich posiadaczy Brukują Ukrainę całąPada Podole, w hołdach Wołyń Lud pieśnią wita ustrój nowyPłoną majątki i kościoły I Chrystus z kulą w tyle głowyNad polem bitwy dłonie wzniosą We wspólną pięść, co dech zapieraNieprzeliczone dzieci Soso Niezwyciężony miot HitleraJuż starty z map wersalski bękart Już wolny Żyd i BiałorusinJuż nigdy więcej polska ręka Ich do niczego nie przymusiNową im wolność głosi "Prawda„ Świat cały wieść obiega w lotŻe jeden odtąd łączy sztandar Gwiazdę, sierp, Hackenkreuz i młotTych dni historia nie zapomni Gdy stary ląd w zdumieniu zastygłI święcić będą wam potomni Po pierwszym września - siedemnasty (fot. by Christopher Dilts/ CC BY-NC-SA Psy jedzą, aby zaspokoić głód. Często z pyskiem zwróconym do ściany. Nie urządzają wspólnych kolacji i wystawnych uczt. Dla człowieka jedzenie to okazja do spotkania, dar przyjmowany z wdzięcznością i błogosławieństwem, zastawiony stół do wspólnej liturgii. Czy mamy tego świadomość przygotowując posiłek i siadając do obiadu lub kolacji? Wiele uwagi przywiązuje się dzisiaj do zdrowego żywienia, mniej do wspólnego spożywania posiłków. Jeszcze mniej do duchowego wymiaru rodzinnej uczty. Tylko raz byłem świadkiem jak chrześcijanin modlił się przygotowując posiłek. Wkładał w to tyle ciepła i energii, że nie tylko potrawa uroczyście pachniała ale cała kuchnia stała się ołtarzem przedziwnej liturgii. Promieniowała obietnicą zdrowego pokarmu nie tylko dla ciała. Gdy skończyliśmy jeść, gospodarz opowiedział krótką historię, którą pamiętam do dziś: Gdy pewien mężczyzna o bardzo słabej pamięci wychodził rano do pracy, żona przypomniała mu: – Kochanie nie zapomnij, że dzisiaj przeprowadzamy się. Przyjdź więc na obiad nie tutaj lecz do naszego nowego domu. Mężczyzna oczywiście zapomniał. Stał zdziwiony przed swoim starym, opuszczonym domem aż wreszcie przypomniał sobie słowa żony. Nie pamiętał jednak gdzie się przeprowadzili. Zatrzymał więc przejeżdżającego na rowerku chłopca i spytał go: – Chłopcze czy nie wiesz dokąd wyprowadziła się ta rodzina? – Oj tato, mama mówiła, że zapomnisz. Po radosnej reakcji zaproszonych gości gospodarz dodał: „dziękując Bogu za nasz wspólny posiłek, nie zapomnijcie, że prawdziwa uczta czeka nas pod innym adresem, a jak tam trafić dowiecie się z Ewangelii. Obyśmy się wszyscy tam spotkali”. Opisane przyjęcie jest dla mnie przykładem uczty, która karmi ciało i ducha, łączy zapach i smak z zasłuchaniem się w słowo. Pragnąłbym jak najczęściej w takiej liturgii uczestniczyć. Przy moich skromnych umiejętnościach kulinarnych nie zaproszę pewnie nikogo na coś bardziej wykwintnego niż jajecznica na maśle okraszona cytatem z Pisma świętego. W żadnym modlitewniku nie znalazłem modlitwy do odmawiania przy smażeniu jajecznicy. Pewnie i tak bym z niej nie skorzystał, bo nigdy nie lubiłem gotowców. „W Twoim imieniu Panie błogosławię wszystkim, którzy karmili tę kurę. Wielbię Cię za ludzi, którzy siali ziarno i trudzili się przy zbiorach. Niech do ich rodzin zawsze uśmiecha się szczęście, a pokarm, który przygotowuję niech przepełni wdzięcznością ku Tobie tego, który go z moich rąk otrzyma”. Tak obmodlony posiłek jest darem nie tylko dla ciała i rozkoszą nie tylko dla podniebienia. Określenie „obmodlony” nie jest powszechnie używane ale najlepiej oddaje to, co nazywam chrześcijańską koszernością pokarmu. Nie chodzi tu o żadne formułki czy zaklęcia lecz o błogosławienie w imieniu Jezusa Chrystusa wszystkim, którzy będą jedli przygotowywane danie. Aby jajecznica była zdrowa, nie wystarczy świeże jajko i karmiona z miłością kura. Jedzenie jest w pełni zdrowe dopiero wtedy, gdy przygotowane i podane jest z miłością. Tu mógłbym rozpisać się o szczególnym powołaniu kucharza, o potrzebie rekolekcji dla gospodyń domowych i mężów przygotowujących poranną kawę swoim żonom, nie tylko smaczną ale również kochaną. Pominę ten wątek, bo nie chcę być ukamienowany za poglądy kulinarne. Wspominałem, że psy jedzą z pyskiem zwróconym do ściany. Niektórzy ludzie w Mac Jadalniach próbują niezdarnie je naśladować. Czasem za ścianę robi lustro. Ale to niewielkie ustępstwo na rzecz człowieczeństwa. Nic nie zastąpi ludziom wieczerzy przy jednym stole, gdy siedzą twarzą w twarz, stukają kieliszkiem o kieliszek, łamią chleb i podają sobie przyprawy. Pamiętam niejeden obiad ugotowany przez mamę – nie tylko moją mamę. Miał on w sobie coś szczególnego, niepowtarzalnego. Grzechem byłoby jeść go w pojedynkę. Gdy podawany był do stołu unosiła się nad nim jakaś cudowna, niewypowiedziana, a może nawet niepomyślanamodlitwa do Boga. Smakował miłością. Warto nadać chrześcijańską koszerność posiłkom przygotowywanym w naszych domach. Modlić się smażąc lub gotując, nawet za nieznanych nam ludzi: rolników, hodowców, sprzedawców. Myśleć z miłością o zaproszonych na obiad gościach obierając ziemniaki i nadziewając farszem kurczaka. Taka koszerność jest modlitwą za osoby, które trudziły się w przeszłości, a zarazem błogosławieństwem dla zasiadających przy wspólnym stole. Kościół w przeciwieństwie do zaleceń faryzeuszy nie zachęca do częstej modlitwy. Mówi, abyśmy modlili się przez cały czas: „nieustannie się módlcie! W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was” (1 Tes 5,17-18). Bóg chce uczestniczyć w każdej chwili naszego życia, również w naszych uczynić sacrum z kuchni i jadalni, zamienić stół w ołtarz, a przyjmowany z radością talerz gorącej zupy w część domowej liturgii. Nie chce, byśmy po prostu jedli, spożywali, napełniali żołądek, by zaspokoić głód. Chce, byśmy „łamiąc chleb po domach, przyjmowali posiłek z radością i prostotą serca” (Dz 2,46). Czasownik „przyjmować” nie jest przypadkowy. Można przyjąć tylko to, co się otrzymuje. Gdy nie ma kogoś, kto z miłością przygotuje obiad, gdy nasi najbliżsi są zbyt zajęci, by zrobić nam rano kanapkę, to chleb (i wszystko, co na nim) będzie jedynie wyprodukowaną profesjonalnie karmą, którą pożremy w pojedynkę podczas krótkiej przerwy na lunch, odwróceni twarzą do ściany, bez świętowania i bez pokrzepiającego słowa. Z prawdziwą ucztą czeka na nas Chrystus w każdym domu, którego jest Gospodarzem. Pozwólmy Mu gotować z naszych kucharskich książek i podawać naszymi rękoma do stołu, z błogosławieństwem na ustach i z budującym słowem. / O. Wojciech Żmudziński SJ/ RED. Żadna ława nie zastąpi stołu, przy którym do wspólnego posiłku może zasiąść cała rodzina. Bez stołu trudno mówić o prawdziwym domowym cieple. Stół będzie nawet w niebie. Dlatego precz z ławami, niech żyją stoły! Dawno, dawno temu w domu moich dziadków stał na środku pokoju potężny owalny stół — taki, jakich teraz się nie produkuje. Przy tym stole po rozsunięciu środkowej części mogły usiąść aż dwadzieścia cztery osoby. Na co dzień, gdy stół był złożony, dawał miejsce co najmniej osiemnastu. Jako małe dziecko bardziej interesowało mnie to, co było pod stołem — to tam kryło się ulubione miejsce zabaw moich i mojego brata. Stół przykryty był purpurową aksamitną tkaniną zwisającą do samej podłogi. Tworzyło to pod stołem mroczne, tajemnicze miejsce. Zakamarki pod blatem stołu służyły nam do chowania różnych skarbów dzieciństwa, a pozioma belka, łącząca przy podłodze potężne nogi stołu, stanowiła świetne miejsce do siedzenia. Bardzo lubiliśmy chować się tam i siedzieć cichutko, obserwując spod tkaniny poruszające się nogi naszych bliskich. Ten stół był centralnym miejscem domu. Przy nim jedliśmy, pracowaliśmy, bawiliśmy się, zasiadaliśmy wraz z gośćmi, świętując rodzinne i religijne święta. Pamiętam zimowe wieczory, tykanie i bicie ściennego zegara, ciepło pieca… I nas — zajętych swoimi pracami, dzielących powierzchnię stołu. Na swoim (zarezerwowanym na zawsze) miejscu siedział dziadek i czytał gazetę albo wypełniał jakieś dokumenty, które przynosił z pracy. Nieco dalej babcia pochylała się nad skarpetkami i pończochami, cerując dziurki. A my rysowaliśmy, odrabialiśmy lekcje albo na rozłożonych gazetach produkowaliśmy ludziki z kasztanów i żołędzi lub zabawki na choinkę z wydmuszek dostarczanych przez mamę zajętą w kuchni pieczeniem ciast. Jeszcze piękniej było, gdy dołączała do nas druga babcia z odległego miasta. Przywoziła ze sobą walizkową maszynę do szycia na korbkę i „obszywała” nas, bo w tamtych czasach naprawiało się wszystko, co tylko dało się uratować przed wyrzuceniem. Ten stół, nad którym zwisała lampa z dużym abażurem, oświetlająca ciepłym światłem wszystkich nas pochylonych nad lekturą i robotami, utkwił w mojej pamięci tak mocno, że przez wiele lat poszukiwałam jego namiastki w sklepach meblowych. Wiedziałam, że takich mebli nikt już nie produkuje, ale myślałam o czymś, co będzie mi przypominało stół z dzieciństwa i pomieści przynajmniej dwanaście osób. Po latach udało się. Jakby na mnie czekał — stał jeden jedyny na piętrze magazynu i nikt go nie chciał. Dlaczego właśnie teraz postanowiłam napisać o stole? O jego znaczeniu w naszym życiu, w życiu rodziny? Ponieważ mam swoją teorię, która mówi, że to właśnie stół otoczony wianuszkiem krzeseł, a nie ława przed telewizorem, powinien zbierać rodzinę w jedno miejsce i że dom bez stołu, do którego można zasiąść, nie jest prawdziwym domem. W domach, w których zapanowała moda na niskie ławy, przy których siedzi się bokiem, z talerzem na kolanach, nie ma miejsca na rodzinne świętowanie, na rozmowę twarzą w twarz, na bliskość i połączenie rąk. Mamy grudzień — miesiąc, w którym chrześcijański świat przywołuje do publicznej świadomości fakt przyjścia na świat Zbawiciela, ucieleśnionego Boga, i na okres świąt zamyka biura, fabryki i sklepy, znajdując czas, by zasiąść do świątecznie udekorowanego stołu. W każdym kraju — zgodnie z jego obyczajami — wygląda to inaczej, ale wszędzie świadczy o tym, że ludzka potrzeba świętowania, zebrania się razem w jednym miejscu choćby na chwilę jest bardzo silna. Ucicha wtedy hałas supermarketów, znikają tłumy z ulic, zapalają się światła w domach i ludzie, którzy zwykle nie mają dla siebie czasu, zasiadają do stołu. Sięgają po telefony i dzwonią do tych, których oddzielają morza i oceany. By przez chwilę, choć przez tę ulotną chwilę znaleźć namiastkę intymności i bliskości, zagłuszyć bolesną samotność ukrytą w głębi serca. Bardzo potrzebujemy zasiadać do nakrytego stołu, spożywać razem posiłki i rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać… Szczególnie teraz, gdy żyjemy w tak strasznym przyspieszeniu, musimy znaleźć czas na wspólne świętowanie, na zapraszanie do naszego stołu przyjaciół, z którymi będziemy się dzielić tym, co mamy, którym powiemy o swoich uczuciach, często wstydliwie skrywanych. To rozmowa o tym, w co wierzymy, co czujemy i jaki mamy świat wartości, utworzy tak potrzebną bliskość z ludźmi karmionymi na co dzień zdawkowymi uprzejmościami i niewiele znaczącymi słowami. Właśnie okres grudniowych świąt i kończącego się roku jest świetną okazją do zacieśniania naszych więzi z rodzinami, przyjaciółmi i znajomymi, do pogłębionej refleksji o sensie i wartości naszego życia, za które Ktoś dwa tysiące lat temu oddał swoje życie. Może być także piękną okazją do otwarcia naszych domów, serc i połączenia rąk w modlitwie, do wspólnego przygotowania się na powrót naszego Pana — Jezusa Chrystusa. Jezus, mistrz nawiązywania bliskich więzi z napotkanymi ludźmi, nie stronił od stołu, uczty i przyjemności przebywania wśród rozmaitych ludzi — czy to w Kanie Galilejskiej na weselu, czy to w domach: Piotra, celnika Zebedeusza, faryzeusza Szymona, Marii, Marty i Łazarza. Potrzeba zbliżenia się do innych, wspólnego posiłku, podzielenia się chlebem i wspólnej modlitwy to ludzki wymiar natury Zbawiciela. Tak przecież bliski każdemu z nas. Nowotestamentowa obietnica przygotowania dla nas domu w niebie nieodłącznie kojarzy się ze stołem i wspólnym posiłkiem, o którym mówi Jezus zadziwiony ogromem wiary rzymskiego setnika z Kafarnaum: „Zaprawdę powiadam wam, u nikogo w Izraelu tak wielkiej wiary nie znalazłem. A powiadam wam, że wielu przybędzie ze wschodu i z zachodu, i zasiądą do stołu z Abrahamem i z Izaakiem, i z Jakubem w Królestwie Niebieskim”1. A więc będzie stół w Królestwie Niebios! Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie tę wielką ucztę przygotowaną przez Jezusa dla tych, którzy dostaną się do Jego Królestwa ze wszystkich stron świata, z różnych Kościołów i religii? Jak wielki będzie ten stół, u szczytu którego zasiądzie Jezus, uśmiechnie się do nas i zaprosi, abyśmy zjedli z Nim posiłek? Jakim chlebem będziemy się dzielić? Jaką modlitwę wspólnie odmówimy? Czy uchwycimy dłonie ludzi obok nas? I kto to będzie? Co za niespodzianka nas tam czeka — w domu Ojca, w niebie, w którym jest wiele mieszkań!2. Ale zanim to się stanie, musimy wyostrzyć słuch, by usłyszeć kołatanie, które rozlega się u drzwi naszych serc, i musimy otworzyć uszy na wołanie Zbawiciela: „Oto stoję u drzwi i kołaczę; jeśli ktoś usłyszy głos mój i otworzy drzwi, wstąpię do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną”3. Sam Bóg — Stwórca i Zbawiciel — chce zasiąść z tobą i ze mną do stołu, chce zjeść z nami. Chce nawiązać z nami intymną więź stołu, wspólnotę, która rodzi się, gdy razem spożywamy posiłek i prosimy Pana o błogosławieństwo. Świadomość obecności Boga przy naszym stole niesie ze sobą odpowiedzialność, ale też daje radość ze wspólnoty. Tak niewiele trzeba, aby wspólny posiłek, nawet najskromniejszy, stał się prawdziwym świętowaniem. By pomógł nawiązać bliskość. Zaprośmy do stołu ludzi, którzy w te szczególne grudniowe dni mogą cierpieć z powodu samotności, odrzucenia i zagubienia na drogach życia. Tak pięknie brzmią słowa starej piosenki do słów Włodzimierza Szymanowicza: „Zaproście mnie do stołu / zróbcie mi miejsce między wami. / Wspominajcie sobie trudne lata, / powiedzcie otwarcie, co serdecznie boli, / może znajdzie się między wami wojażer, opowie zadziwiająco o barwnych egzotycznych krajach. / (…) Zaśpiewajmy wspólnie stare bliskie pieśni, / a potem usadowieni wygodnie w fotelach / zasłuchamy się w fortepianowe pasaże (…) / Tu za drzwiami chmurno i samotnie (…)”. Co stoi na przeszkodzie, abyśmy zgłębiali tajemnicę stołu? Pamiętajmy, że także Pan pragnie z nami zasiąść do stołu, że stoi i puka. Może to już czas, aby otworzyć drzwi Jemu i naszym bliźnim? Barbara Niemczewska 1 Mt 8,10-12. 2 Zob. J 14,2. 3 Ap 3,20. Ramka: Bardzo potrzebujemy zasiadać do nakrytego stołu, spożywać razem posiłki i rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać… Szczególnie teraz, gdy żyjemy w tak strasznym przyspieszeniu -Kochanie - usłyszałam cichy głos, wybudzający mnie ze snu. Po chwili zorientowałam się, że to głos mojej mamy i otworzyłam oczy. - Dzień dobry Emma, musisz wstawać - zachichotała cicho - pamiętasz, że jedziemy dziś kupić domu? -Już wstaje - zaczęłam się przeciągać. Poleżałam jeszcze przez parę minut i zmuszona byłam wstać. Prysznic oczywiście zadziałał na mnie pobudzająco. W samym ręczniku i mokrych włosach, ruszyłam w stronę sypialni. Gdy mijałam ciocie Joy, ta się śmiała, zapewne z mojego wyglądu. Uśmiechnęłam się szczerze do niej i wskoczyłam do pokoju zamykając drzwi za sobą. Podeszłam do szafy i wybrałam białą koszule, a do niej wzorzystą, ołówkową spódnicę i czarne szpilki. Lubie, a nawet uwielbiam ubierać się na elegancko, ponieważ moim zdaniem kobieta powinna taka być, elegancka i z kulturą. Rozpuściłam włosy, żeby mogły szybciej wyschnąć i udałam się do kuchni na śniadanie. -Ale coś pięknie pachnie - pochwaliłam mamę, gdy tylko weszłam i poczułam zapach jajecznicy. -Smacznego - powiedziała i postawiła przede mną talerz z jedzeniem. Wszystko oczywiście zjadłam, mama była wyśmienitą kucharką. -Za bardzo mnie rozpieszczacie. Robicie śniadania, obiady i kolacje, sprzątacie, chodzicie na zakupy. Jak się do tego przyzwyczaję to jak potem dam radę sama?- zaczęłam się lekko śmiać. -Nie przesadzaj córcia - powiedziała Joy. -Nie przesadzam. Dziś zabieram was na obiad do jakiejś restauracji, wieczorem ja wam robię kolacje i nie ma żadnych sprzeciwów - wstałam od stołu i odłożyłam talerz do zlewu. -To może zaprosisz i Justina? - zapytała ciocia ze znaczącym uśmieszkiem. -Justin pracuje ciociu. -No to na kolacje - naciskała. -To chyba nie jest dobry pomysł. Nie chcę go tak męczyć, wczoraj się widzieliśmy. Jeszcze trochę i będzie miał mnie dość. -Dobrze już się nie wtrącam - pocałowała mnie lekko w policzek i poszła w stronę salonu. -Za ile wychodzimy? - zapytałam, żeby zmienić temat. -Za jakieś pół godziny - odpowiedziała mi mama. -No to super, akurat zdążę dokończyć pracę papierkową - zostało mi jeszcze trochę punktów do przestudiowania w mojej umowie. Chciałabym już to skończyć, żeby jak najszybciej zawieźć ją Lily. Była godzina piętnasta sześć, siedziałyśmy w restauracji jedząc obiad. Byłam strasznie zmęczona, a nogi to już dawno mnie tak nie bolały. Ważne, że załatwiłyśmy wszystko. Dom wybrany i kupiony. Co prawda nie jest do końca wykończony, ponieważ tylko dół jest urządzony, a całe piętro do remontu, ale i tak jesteśmy pod wrażeniem. Cała posiadłość jest piękna. Mieszkanie duże, ale nie za wielkie, przepiękny ogród, miejsce na grilla, po prostu jak dla mamy i cioci to jest idealny. Ciesze się ich szczęściem, mimo wszystkich wcześniejszych przykrości i przeciwności losu, potrafią się uśmiechać i żyć optymistycznie. Mam nadzieję, że tutaj nie zaznają smutku. -O której umówiłaś się z Lily? - zapytała mnie mama. -Kończy dziś o szesnastej i po pracy mam do niej podjechać - odpowiedziałam. Musiałam zawieźć jej moją umowę pracy. -A powiesz mi o jaką ważną sprawę chodzi? -Jeszcze nie mogę - uśmiechnęłam się z ekscytacji. Nie mogłam się doczekać, aż zacznę pracę. - Gdy już wszystko będzie zapięte na ostatni guzik, to pierwszej ci powiem - pochyliłam się i ucałowałam mamę w policzek. -A ja poznam w końcu tą sławną Lily?- zaśmiała się Joy. -Może zaproszę ją dziś do nas na kolacje? - nagle wpadłam na pomysł, muszę się jej jakoś odwdzięczyć, za to co dla mnie zrobiła. -Świetny pomysł, coś ugotuję, tylko musimy skoczyć do sklepu. Trzeba zapełnić lodówkę, jeśli mamy mieć gościa - mama oczywiście była tak podekscytowana, tym że zaproszę Lily. W tak krótkim czasie polubiła ją tak, jakby znały się od małego. -Ja miałam dziś robić kolacje, a poza tym Lily nie jest wymagająca, mamo - zaczęłam się śmiać. -Gość, to gość - zakończyła krótko. -Ale kolacje robimy razem. -Nie zapominajcie o mnie - wtrąciła się ciocia. Zaczęłyśmy cicho chichotać. Nagle telefon zaczął mi dzwonić. Spojrzałam na ekran, okazało się, że to Lily. -Hallo? - odebrałam. -Hej, to ja - usłyszałam radosny głos przyjaciółki - skończyłam dziś wcześniej i zaraz będę wracać do domu, więc jak jesteś wolna to już możesz wpaść. -Ok, skończę tylko obiad. -Tylko nie zapomnij umowy - zachichotała. -Cały czas mam ją przy sobie - zaczęłam się cicho śmiać, a mama siedziała i patrzyła na mnie zaciekawiona. -To do potem - pożegnała się i rozłączyła. -Mogłaś teraz ją zaprosić - powiedziała mama. -Lepiej chyba będzie jak ją osobiście zaproszę. -Może masz racje - uśmiechnęła się czule. -Ja już będę jechać, chce to jak najszybciej załatwić - powiedziałam wstając od stołu i kładąc na nim kilka banknotów. Widziałam jak obydwie chciały zaprotestować - Bez żadnych sprzeciwów, ja dziś płace - powiedziałam stanowczo, uśmiechnęłam się i wyszłam. -Masz coś dla mnie? - zapytała znacząco Lily, gdy siadłyśmy na kanapie w jej salonie. -Pewnie, że tak - zachichotałam i wyjęłam z torebki teczkę - Proszę bardzo, to wszystkie dokumenty. -Nawet nie wiesz jak się cieszę, że będziemy razem pracować. Już nawet widziałam twoje stanowisko i szefa - spojrzała na mnie znacząco. -Surowy jest? - trochę mnie przestraszyła. -Jest bardzo fajny i... - zrobiła krótką przerwę - przystojny. -Nie zamierzam mieć romansu z moim szefem - zaśmiałam się cicho. -Jest wolny - dodała. -To nic nie zmienia. -Wiem, tylko żartuje kochanie - powiedziała i przeszła do kuchni - chcesz coś zjeść ? - krzyknęła. -Nie, ale chciałam cię poinformować, że masz plany na wieczór - powiedziałam kiedy wróciła do mnie. -Jakie? - chciałam odpowiedzieć, ale przerwał mi dźwięk mojego telefonu. Szybko po niego sięgnęłam i okazało się, że dzwoni Justin. - Kto to? - zapytała Lily. -Justin - odpowiedziałam trochę skrępowana. -No to odbieraj szybko. -Hallo? - odebrałam i wyszłam z pokoju, oczywiście Lily chodziła za mną. -Hej Emma - usłyszałam jego zachrypnięty głos i od razu się uśmiechnęłam. -Cześć, co tam? -Chciałem tylko zapytać, o której mam po ciebie jutro przyjechać? -A o której się zaczyna koncert? - nie mogłam sobie przypomnieć. -O dwudziestej drugiej, a klub otwierają o dwudziestej. -To może być o dwudziestej. -Ok, to do jutra. Nie mogę się już doczekać - na te słowa od razu się zarumieniłam. -Ja też - powiedziałam trochę ciszej - Pa Justin. -Co mówił? - Zapytała Lily, gdy się rozłączyłam. -Nic takiego - uśmiechnęłam się pod nosem na myśl jutrzejszego spotkania. -Tak? A niby dlaczego tak się zaczerwieniłaś? - zaśmiała się. -Przestań, tylko zapytał się o której ma po mnie przyjechać - chciałam jak najszybciej zmienić temat - a jeśli chodzi o twoje dzisiejsze plany, to dziś przychodzisz do mnie na kolacje. -Z jakiejś konkretnej okazji? -Nie, nikt nie ma urodzin - zachichotałam - to przyjdziesz, prawda? Mama jest tak podekscytowana. -Pewnie, że tak. -Już muszę iść, bo jeszcze mam coś do załatwienia i zajrzę chyba na chwilę do mojego nowego mieszkania. -Kiedy je będę mogła obejrzeć? -Jak już będzie całe gotowe - zaśmiałam się i ucałowałam ją w policzek na pożegnanie - widzimy się wieczorem, wpadnij około dziewiętnastej. -Na pewno będę. Złapałam taxi i ruszyłam w stronę galerii. Zamierzałam kupić jakiś ciuch Lily, naprawdę bardzo byłam jej wdzięczna za to co dla mnie zrobiła. Gdy tylko dotarłam do centrum handlowego, od razu weszłam do ulubionego sklepu Lily. Wiedziałam, że tam na pewno coś znajdę. Przechodziłam między alejkami, aż zauważyłam czerwoną, elegancką koszulę. Ostatnio moja przyjaciółka bardzo polubiła ten kolor, więc zdecydowałam się na nią. Ciesze się, że tak szybko udało mi się coś znaleźć. Nie miałam ochoty na zakupy. Była bardzo ładna pogoda i postanowiłam wracać do domu na pieszo. Oczywiście przechodząc obok budki z lodami, musiałam się skusić na jedną gałkę. Leżałam na łóżku z laptopem przeglądając fejsa. Mama z Joy, były w swoim nowym domu. Miały tam sporo roboty. Dochodziła osiemnasta godzina, więc powoli musiałam zacząć się szykować na moją randkę. Nie wiem jak nazwać to co jest pomiędzy mną a Justinem, ale wydaje mi się, że to randka. Wstałam z łóżka i przeszłam do łazienki, aby wziąć prysznic. Gdy skończyłam w samym ręczniku pomaszerowałam do pokoju i stanęłam przed szafą. Nie wiedziałam w co mam się ubrać. Nic za bardzo eleganckiego, przecież idziemy na koncert. Chciałam założyć dżinsy, ale w końcu to klub, więc postawiłam na czarną, ołówkową spódnicę, krótki wzorzysty top i złote dodatki. Podeszła do lustra, żeby się obejrzeć i nie było tak źle, a nawet można powiedzieć, że całkiem seksownie wyglądam. Na tą myśl od razu zaczęłam się śmiać. Kogo ja chce oszukać, nigdy nie byłam seksowna i nie będę, zwłaszcza teraz kiedy jestem w ciąży. Odruchowo pogłaskałam swój brzuszek. -Jakoś damy sobie radę - powiedziałam cicho. Musiałam się śpieszyć, bo miałam mało czasu. Szybko się wzięłam za malowanie paznokci, a wcześniej rozpuściłam włosy, żeby wyschły. Byłam już gotowa, wkładałam błyszczyk do torebki, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Wzięłam głęboki wdech i poszłam otworzyć. Gdy go ujrzałam serce zaczęło mi szybciej bić. Wyglądał idealnie w zwykłym, białym podkoszulku i czarnych, dopasowanych dżinsach. -Hej - przywitała się - ślicznie wyglądasz. -Hej, dziękuję. Wejdź, ja tylko wezmę torebkę i możemy już jechać. -Ok - zgodził się. Cały czas mnie obserwował, czym bardzo mnie krępował. Nawet gdy zamykałam drzwi czułam jego wzrok na mnie. -Idziemy? - zapytałam odwracając się w jego stronę. -Jasne - powiedział uśmiechając się i niepewnie złapał moją dłoń. Spojrzałam na to co zrobił, ponieważ mnie zaskoczył, ale szybko się opanowałam i tylko odwzajemniłam uśmiech. Dojeżdżaliśmy już pod klub. Takiego tłumu dawno nie widziałam. -Minie sporo czasu zanim wejdziemy. -O to się nie martw - odpowiedział szybko. Właśnie parkowaliśmy, Justin szybko wyszedł pierwszy i otworzył moje drzwi bym mogła wyjść. Zarumieniłam się i cicho podziękowałam. Gdy stanęłam obok niego tak jak wcześniej złapał mnie za rękę i poprowadził do klubu. Okazało się, że nie musimy czekać. Podeszliśmy do ochroniarzy, na co oni tylko skinęli głową i otworzyli przed nami drzwi. Justin od razu spojrzał na mnie i puścił do mnie oczko. W środku było już masę ludzi, po większości było już widać, że spożywali alkohol. Tak dawno nie byłam na żadnej imprezie, że już od samego początku kołysałam się w rytm muzyki. Uwielbiałam tańczyć. -Chcesz jakiegoś drinka? - zapytał Justin. -Nie dziękuję, nie chce dziś pić, ale ty się nie krępuj. -Ok to chodźmy - złapał mnie za talie i ruszyliśmy w stronę baru. Nie przeszkadzała mi nasza dzisiejsza bliskość, a nawet zaczynałam chyba tego pragnąć. -Może chcesz cokolwiek innego do picia? - wyrwał mnie z zamyśleń. -Może być pepsi - odpowiedziała szybko. -Więc poproszę martini z lodem i pepsi - złożył zamówienie, które po chwili dostaliśmy. -Dziękuję - powiedziałam gdy podał mi szklankę z napojem. -Chodźmy do jakiegoś stolika - zaproponował. Po paru minutach znaleźliśmy stolik, który był dość na uboczu. Dobrze, ponieważ muzyka była tu ciszej i mogliśmy pogadać, nie krzycząc do siebie. -Naprawdę się cieszę, że zgodziłaś się tu ze mną przyjść. -Jak mogłabym odmówić? - zachichotałam. Spojrzałam na szklankę Justina, była już prawie pusta. Dość szybko się z tym uporał. -Byłaś tu kiedyś? -Nie, a dlaczego pytasz? -No wiesz, kiedyś pracowałaś w podobnym klubie. -Racja, ale pracując tam miałam dość imprez. W wolne dni wolałam odpoczywać w domu. -Oprócz tego dnia jak się poznaliśmy - zaśmiał się cicho. Tak samo zareagowałam, ponieważ nie powiedział tego złośliwie, tylko kpiąc z nas, że doprowadziliśmy się do takiego stanu. -Pierwszy raz takie coś mi się przydarzyło - wyznałam szczerze - pamiętasz coś w ogóle, bo mi się całkowicie urwał film. -Pamiętam, że pojechałem tam z dwoma kolegami. Chcieliśmy się napić, więc poszliśmy do baru. Zdziwiłem się, że nie zobaczyłem ciebie za ladą. Trochę mnie to zasmuciło, ponieważ już pierwszego razu gdy tam byliśmy spodobałaś mi się - zaskoczył mnie tym co powiedział, ale nic się nie odzywałam. Nie chciałam żeby przerwał - nagle usłyszałem jak niedaleko mnie ktoś głośno śpiewa. To byłaś ty, więc dosiadłem się do ciebie i zaczęliśmy rozmawiać, potem pić. Tyle pamiętam. -Nigdy więcej nie upije się do takiego stanu - zaczęłam się śmiać. -Patrz na to z dobrej strony - uśmiechnął się zadziornie - gdyby nie tamten wieczór nie poznalibyśmy się - bardzo mnie ucieszył tym co powiedział. Miał racje, nie żałuje, że go poznałam i postanowiłam powiedzieć mu o dziecku. Nie dziś, ponieważ to nie jest odpowiednie miejsce, ale przy najbliższej okazji. Siedzieliśmy tak z pół godziny, cały czas rozmawiając. Wypiłam trzy szklanki pepsi, a Justin martini. Za niedługo miał się zacząć koncert, więc postanowiłam iść przed tym do toalety. -Idziemy potańczyć? - zapytał. -Skocze najpierw do łazienki, dobrze? -Jasne, będę tu czekał. Chwile mi zajęło znalezienie łazienki. Musiałam niestety przejść przez cały parkiet, żeby się tam dostać. Niezdarnie wchodziłam w tłum ludzi i próbowałam przepchnąć się na drugą stronę. Nagle ktoś złapał mnie za biodra i zbliżył całe swoje ciało do mojego. Chciałam się odwrócić, ale trzymały mnie tak mocno, że nie mogłam się ruszyć. Poczułam okropny zapach alkoholu przy swojej szyi. -Cześć ślicznotko, zabawimy się - cicho zamruczał mi do ucha nieznajomy. Zamknęłam oczy ze strachu i wtedy poczułam jak ktoś odciąga go ode mnie. Spojrzałam w tamtą stronę, żeby zobaczyć co się dzieje. Justin siedział okrakiem na brunecie i okładał go pięściami. *** Zaczyna się dziać i już tak będzie do końca ;) Mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze jest, tyle wyświetleń miał poprzedni rozdział, a tylko 1 komentarz. Trochę to smutne, ponieważ komentarze naprawdę dodają motywacji. jakiekolwiek pytań do mnie, do bohaterów - zapraszam na aska ;)

dzisiaj zaproszę mamę do stołu